18listopad2017     ISSN 2392-1684

MSC KIM (część 2) - Holowniki

00 DSC 1013a

Wszystko wskazywało na to, że spotkanie z MSC KIM mamy już za sobą. Dostarczyliśmy na niego pilota i teraz gnaliśmy co koń wyskoczy z powrotem do portu. Przez zapadaną przednią szybę widać już było charakterystyczne sylwetki portowych i stoczniowych dźwigów, a za nimi wysoki masyw moreny, górującej nad miastem. Nad tym wszystkim wisiały czarne chmury. Znaczy, typowa marcowo-kwietniowa pogoda.

Kontenerowiec pozostawiliśmy już daleko za rufą, gdy na asfaltowej wodzie szyper dostrzegł idące nam naprzeciw dwa holowniki.

- Niech pan spojrzy na nie - zwrócił się do mnie – idą po KIMA, będą wprowadzać go do portu!- Może chciałby pan zrobić im też kilka zdjęć?-

Na to pytanie nie musiałem wcale odpowiadać. Iskra, która mi się natychmiast w oczach zapaliła, była tak wyraźna, ze żadne słowo nie było już potrzebne.

Zwolniliśmy więc, po czym zawróciliśmy w stronę statku. Trzymaliśmy się blisko niego, lecz w takiej odległości, by nie przeszkodzić holownikom w pracy. Jeszcze nigdy nie zakładałem kamizelki ratunkowej w takim tempie! Sekunda – i już stałem na deku. Na powitanie w twarz chlusnął mi w niesiony silnym wiatrem potężny bryzg słonej wody, rozcinanej ostrym dziobem „Pilota”. Zapowiadały się więc prawdziwie morskie, prawdziwie „mokre” kadry. Szczęście moje było wręcz bezgraniczne!

W króciutkich przerwach między jednym a drugim chluśnięciem „łapałem” zmierzającego w stronę rufy kontenerowca „Herosa”. Jako że i tak nie miałem najmniejszych szans, by między jednym a drugim zdjęciem wytrzeć obiektyw szmatką do sucha (po dwóch próbach mozna ją było wyżymać), zrezygnowałem w ogóle z tego syzyfowego zajęcia. Miałem nadzieję, ze większość kropli na powierzchni obiektywu osuszy wiatr, a co zostanie, tworzyć będzie klimat! Najważniejsza rzecz to wiara w słuszność własnych przekonań, więc nic więcejmi już w tej nadzwyczajnej fotograficznej sesji przeszkodzić nie mogło.

Pozostaliśmy w miejscu tak długo, aż z „Herosa” poszła celna rzutka na rufę kontenerowca. Za moment hol na MSC KIM był już podany. „Heros” zajął więc swoje stanowisko, my zaś powolutku przeszliśmy za nim na drugą, zawietrzną burtę kontenerowca. Od przodu zbliżał się do niego „Centaur II”. Przeszedł tuż tuż pod nawisem burtowym, nieomal dotykając wychylonego pokładu dziobowego, po czym zaczął się „przyklejać” do burty MSC KIM, zwalniając jednocześnie tak, by w końcu pozostać przy statku mniej więcej na wysokości śródokręcia. Po drodze „Centaur II”  złapał jeszcze podaną ze statku cumę. I w takim to szyku wszystkie trzy jednostki zmierzały do Gdyni. Na wysokości oznaczających tor wodny staw G-1 (po naszej stronie zielonej, po drugiej czerwonej), zwiększyliśmy prędkość i zaczęliśmy oddalać się od tej grupy, „związanej” ze sobą dosłownie i w przenośni.

Pisałem już o tym, że jazda „Pilotem” po morzu nie przypomina w niczym komfortowej podróży pneumatycznie resorowanym „Citroenem”, tylko terapię wstrząsową dla bezkręgowców (bo tyle akurat pozostaje z kręgosłupa po kilku minutach ostrej jazdy – kupka luźnych, grzechoczących kości). Jeśli jednak jest się (lub też chce się być) „wilkiem morskim” - nie może nas to przerazić. Poza tym – funkcjonuje u nas przekonanie, nieprzetłumaczalne chyba na żaden inny język, że „jakoś to będzie”. W myśl tej dewizy pozostałem na deku, jedną ręką trzymając się mocno stalowej rury prowadzącejna dach drabinki, a nogami zaklinowując się między miotłą i wiadrem, przytomnie jednak schowany w cieniu sterówki. Dzięki tym zabiegom byłem w stanie machnąć z ręki kolejne pożegnalne foto kontenerowca. Jak pamiętacie, jedno takie robilem mu już w poprzednich Morskich Kadrach. 

W awanporcie, schowany za falochronem, na MSC KIM czekał kolejny, trzeci holownik. Jak się więc słusznie domyślacie, będzie jeszcze kiedyś trzecia relacja z tego niecodziennego wypadu na pokładzie „Pilota-5”. Zawdzięczam go fantastycznej załodze w składzie Waldemar Razumienko – szyper oraz Jarosław Godlewski – mechanik. To oni umożliwili mi te kadry, pozostając przy statku podczas przybycia holowników - miast wrócić czym prędzej do portu i wypoczywać przed następnym wezwaniem pilota. Zrobili to dla mnie, choć wcale przecież robić tego nie musieli. Dziękuję Wam za to!

Od lat spotyka mnie na pokładach pilotówek gdyńskiego UNI PILu bezinteresowna życzliwość. Mówi to coś o ludziach, ale także o firmie, która ich zatrudnia.

© Antoni Dubowicz

PS: Wyprawa na „Pilocie-5” pod kontenerowiec MSC KIM miała miejsce w środę, 1 kwietnia 2015 między godziną 13:15 i 14:15.

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Komentarze   

0 #1 Marek 2017-06-09 15:18
Wspaniale ujecia, gratuluje. Bezbledne odtworzenie momentu :lol:
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: