18październik2017     ISSN 2392-1684

Na mostku „Fairplaya”

00 cDSC0896a

Gdynia, 23 czerwca 2017

Tego dnia na mostku „Faiplaya-26” było naprawdę ciasno. Przestrzeń, w której zwykle przebywa stale tylko kapitan i okresowo mechanik, wypełniał teraz dziesięcioosobowy tłum. Kapitan Wojciech Gostępski był przy tym jedynym, który miał miejsce siedzące, reszta pętała się wokół niego i jak mogła przeszkadzała mu w pracy. Reszta, czyli pozostała załoga, złożona dziś nie tylko z jednego, lecz aż dwóch mechaników (Mariusza Orłowskiego i Krzysztofa Mamrota) i marynarza Jana Rinca, oraz samego dyrektora gdyńskiego Fairplaya, pana Wiesława Michulca (ze ściągą w ręce) – pełniącego funkcję „mistrza ceremonii”. Te „fairplayowskie” siły uzupełniała silna grupa strażaków w składzie – dowódca gdyńskiej Portowej Straży Pożarnej, komendant Grzegorz Bulwa oraz trzech młodszych ratowników: Bartlomiej Mudlaff, Piotr Banach i Mateusz Stroka.

No i ja do kompletu. Zresztą niewiele brakowało, by mnie tam wcale nie było. Nie dogadałem się bowiem do końca z panem dyrektorem i, tak czy tak już spóźniony, znalazłem się przy kei na Nabrzeżu Indyjskim, gdzie zwykle cumują gdyńskie holowniki, podczas gdy „Fairplay-26” czekał na mnie z włączonymi silnikami przy Kapitanacie Portu. Tylko cud i nadwyczaj dobra wola wszystkich na holowniku sprawiła, że zdecydowano się jeszcze parę minut na mnie poczekać, Czas jednak był to już najwyższy, więc ledwie zdążyłem wskoczyć zdyszany na pokład, jak odbiliśmy od nabrzeża i udaliśmy się w drogę, by zająć nakazaną nam pozycję.

Dlaczego nas tyle? O czym mówię? Mówię o ćwiczeniach pokazowych działań antyterrorystycznych i ratowniczych pod krypronimem „Korsarz 17”, które odbyły się w piątek, 23 czerwca 2017 na wodnym akwenie w pobliżu wejścia południowego. Ćwiczenie to, zaplanowane z okazji zbliżającego się Święta Morza, stanowiło nie lada atrakcję dla zebranych licznie na brzegu mieszkańców Gdyni i turystów. Mogli oni z bliska przyjrzeć się działaniom służb oraz instytucji, odpowiedzialnych za reagowanie na zagrożenie terrorystyczne na morzu. Przyznaję, temat to jakby żywcem wyjęty z kampanii wyborczej, ale jednak nośny i widowiskowy. Przyszła więc też masa ludzi, by się poprzyglądać. A było na co popatrzeć, w akcji bowiem uczestniczyły łodzie bojowe JW Formoza, jednostki pływające SAR 3000 („Sztorm”) oraz SAR 1500 („Wiatr”), łódź patrolowa „Strażnik 5”, okręt rakietowy ORP „Orkan”, prom pasażerski „Stena Spirit”, holownik pożarniczy „Fairplay 26”, łódź patrolowa Morskiego Oddziału Straży Granicznej „Strażnik 5”, jednostki pływające Urzędu Morskiego w Gdyni oraz Policji Wodnej i Izby Administracji Skarbowej, śmigłowce ratownicze Marynarki Wojennej oraz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, śmigłowiec Biura Operacji Antyterrorystycznych Komendy Głównej Policji.

Główną rolę odgywała „Stena Spirit”, która w tym celu wyszła z portu i stanęła bardzo widowiskowo blisko brzegu naprzeciwko Akwarium Morskiego. To właśnie ona miała być opanowana przez morskich piratów, podpalona, ugaszona i w rezultacie uratowana przez nasze dzielne służby. Skrzyknięto więc masę sprzętu, który pokazać miał swoje zdolności bojowe - zgodnie z drobiazgowo opracowanym harmonogramem (to te kartki, które pan Wiesław trzymał w ręku).

Poszczególne fazy scenariusza przewidywały: rozpoznanie z powietrza, abordaż sił specjalnych z szybkich łodzi RIB, desant ze śmigłowca (były nawet dwa śmigłowce!), podjęcie rozbitków zarówno z promu jak i z wody przez helikotrer ratowniczy oraz jednostki SAR, gaszenie pożaru z wykorzystaniem kurtyn wodnych, ewakuację rannego ze Skweru Kościuszki przez śmigłowiec LPR oraz kończącą pokazy defiladę i prezentację jednostek, które gęsiego udać sie miały z powrotem do portu.

Nam, wspólnie z „Kapitanem Poincem”,przypadła rola gaszenia „Steny”. Kręciliśmy się więc trochę na drugim planie z tyłu za promem, czekając na swoją kolej, również przypatrując się popisom szybkich łodzi i śmigłowców. Tylko rola „Orkana” pozostała dla mnie niejasna. Zastanawiałem się, czy jest on jednostką piracką czy też wręcz przeciwnie, ma obronić „Stenę” przed nimi. Okręt bowiem kręcił się po wodzie bez wyraźnego celu, trochę podymił i ogólnie sprawiał wrażenie, jakby znalazł się tu przypadkiem. Może trzeba mi było mi przeczytać scenariusz, ale ten był niestety tajny i jedynymi wtajemniczonymi pozostali, o ile wiem, dwaj szefowie - pan Wiesław i pan Grzegorz.

Wracając jednak do tematu – czekaliśmy, aż na „Stenie" wybuchnie zapowiadany pożar. Wypatrywaliśmy go bezskutecznie, aż wreszcie dostaliśmy sygnał, że ot - już właśnie jest. No i faktycznie, gdzieś na rufie pokazał się blady, słaby dymek, jakby załoga miała akurat przerwę na papierosa. Płomieni żadnych nie było.

Ale co tam, to nasz czas! Wkroczyliśmy do akcji!

Jednak nie od razu, nie wszystko bowiem poszło zgodnie z planem. Zakładał on, że przejdziemy za rufą „Steny” od strony lądu i ustawimy się między nią i plażą, by stamtąd ją widowiskowo gasić. Okazało się to jednak niemożliwe, „Stena” stała już bowiem zbyt blisko brzegu i przejście grozić mogło wejściem holownika na płyciznę. Ruszyliśmy więc drugą stroną, by przecisnąć się między promem i falochronem tuź przy główkach wejściowych. Było wprawdzie trochę ciasno, ale manewr przeprowadziliśmy perfekcyjnie. W tym momencie do akcji wkroczyli strażacy. Nie wiem czy wiecie, ale nie muszą już oni wychodzić na zewnątrz w nieprzemakalnych strojach i sterować działkami ręcznie, stojąc w gejzerach tryskającej pod wielkim ciśnieniem wody. Dziś sterowanie armatkami (w żargonie fachowym zwanych monitorami) odbywa się z kabiny za pomocą przenośnego tabletu z joystickami, jak w grach komputerowych. Urządzenie przewiesił sobie przez szyję pan Bartłomiej Mudlaff, to jemu powierzono dzś sterowanie działkami. Przy innym, stacjonarnym pulpicie zaś stanął mechanik, pan Mariusz Orłowski, który włączył pompy wodne i głośno ogłaszal osiągnięte właśnie ciśnienie (wyposażenie do zwalczania pożarów FiFi1 składa się z dwóch monitorów wodnych o wydajności 1350 m³/h, wyrzut wody na 140 m w poziomie / na wysokość do 40 m).

- 600 – odczytywał -  800, 1000 -

- Czy to nie wystarczy? – zapytał ktoś.

- Nie, jeszcze nie na pełnej mocy! O teraz, jest 1350! –

- Dobra, tak trzymać, zgodnie z planem lejemy równo 3,5 minuty! –

- Bardziej w prawo, między „Stenę” i czerwoną boję! Trochę bliżej bojki, by nie zmoczyć ludzi na pokładzie. O, tak jest dobrze!  Z lądu będzie to wyglądało, jakbyśmy kierowali strumień na prom, a o to właśnie chodzi! –

Panowie pracowali w doskonałym skupieniu, podczas gdy inni próbowali z jednej strony zamienić się w powietrze, by nie ograniczać kapitanowi i tak kiepskiej widzialności, z drugiej zaś najchętniej przylepiliby się do jakiejś szyby i obserwowali, co się za nią dzieje.

Cała akcja trwała nie dłużej niż kilka minut. Po „ugaszenieu”  promu odeszliśmy znów od jego burty i chwilę później zaczęła się parada. Wydawałoby się, że będzie to już czysta przyjemność, tymczasem okazało się, że dalej będziemy się popisywać przed publicznością, okrywając się płaszczem wodnym. Oprócz armatek „Fairplay” ma bowiem również rozmieszczoną dosłownie wszędzie niezliczoną ilość otworów i rurek, sikających, tryskających i wylewających wodę na siebie samego w każdym możliwym mejscu. Tak samo zresztą jak płynący obok nas „Kapitan Poinc”.

- Wszyscy do środka, zaryglować drzwi! – rozkazał więc kapitan. Posłusznie odcięliśmy się od dopływu świeżego powietrza i natychmiast w kabinie zrobiło się duszno i gorąco. Kabina musi bowiem być absolutnie szczelna, jakikolwiek nawiew czy klimatyzacja są w tych warunkach chyba wykluczone. Wykluczona jest też dobra widoczność, gdy po szybach strumieniami leje się woda. Precyzyjne manewrowanie holownikiem w takich warunkach to wyższa szkoła jazdy i moim zdaniem graniczy wręcz z cudem. Nasz kapitan jednak, pan Wojciech Gostępski, najwyraźniej potrafi również i to, czego zresztą mogłem się przecież spodziewać!

Odetchnęliśmy jednak wszyscy z wyraźną ulgą, gdy wreszcie przyszło zezwolenie na otwarcie drzwi. Sam wyrwałem się na pokład nie bacząc, że stała jeszcze na nim co najmniej centymetrowa warstwa wody. Co tam mokre nogi, gdy można znów odetchnąć świeżym powietrzem!

Zanim się nim jednak dobrze nasyciłem, byliśmy już z powrotem przy Kapitanacie. Z pokładu zeszli strażacy, zszedłem ja, „Fairplay-26” zaś udał się natychmiast do normalnej swojej pracy. Parada paradą, pokazy pokazami, a codzienna robota czeka!

© Antoni Dubowicz 2017

PS: O wyczynach pozostałych jednostek, obserwowanych z pokładu „Fairplaya” opowiem wam kiedy indziej.

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: