18listopad2017     ISSN 2392-1684

Z pilotem pod „Nikolasa“

00 DSC0196a

Był piękny, słoneczny dzień 21 grudnia 2016. W samo południe wyruszyliśmy na redę pod wchodzącego do Gdyni „Nikolasa”. W kabinie było nas czterech – szyper, pan Wojciech Gostępski, mechanik, pan Ryszard Aranowski, pilot, pan kapitan żeglugi wielkiej Grzegorz Mazur - i ja.

Jeszcze przed wyjściem za falochron szyper nakazał mi pozostać w kabine. Trochę się zdziwiłem, ale z poleceniami dowódcy się nie dyskutuje. Zresztą i tak zaraz wszystko zrozumiałem. Za falochronem fala była ostra, wiatr również tęgi, a my rozpędziliśmy wszystkie nasze konie do pełnego galopu. Mknęliśmy więc po wodzie z prędkością 22 węzłów. Morze rzucało naszą łupinką jak wściekłe, szarpało nami, zalewało wodą ze wszystkich stron. Przy pierwszej próbie wstania z ławki i zrobienia zdjęcia nie dałem rady utrzymać równowagi i poleciałem do tyłu, całe szczęście z powrotem na kanapę. Wywołało to uśmieszek rozbawienia na twarzach załogi. Skrywany wprawdzie, ale jednak go zauważyłem, nie myślcie sobie!

Gnaliśmy tak w szaleńczym tempie, skacząc i zapadając się na wyboistej drodze. Do tej pory nie zdawałem sobie w ogóle sprawy, jak twarda i nierówna potrafi być powierzchnia morza. Przez następne dwadzieścia minut dałem więc  sobie spokój ze zdjęciami. W sumie dobrze, bo dzięki temu można było próbować porozmawiać – trochę serio, trochę żartem. Piszę – próbować, bo niełatwo zrozumiec choć słowo pośród ryku maszyn i odgłosów walącego o kadłub morza. O 12:22 pilot, ubrany w specjalny kombinezon z utensyliami, przydatnymi w sytuacji awaryjnej, jak na przykład wypadnięcie za burtę (co się szczęśliwie jeszcze nigdy nie zdarzyło), był gotów do objęcia „Nikolasa”. Jeszcze tylko ostatnie ustalenia przez krótkofalówkę  z kapitanem statku i zaczęliśmy podejście do burty. Zwolniliśmy nieco,  mogłem więc wreszcie uchylić drzwi i przyjrzeć się bliżej „Nikolasowi”, trzymany mocno za kołnierz przez pana Ryszarda. Pan Ryszard jest już od dawna moim aniołem stróżem na „Pilocie”, opiekując się mną jak niańka, więc trzymał mnie tak w półotwartych drzwiach, dopóki nie zwolniliśmy na tyle, bym mógł samodzielnie wyjść na poklad. Schowałem się przed wiatrem i bryzgami wody za sterówką, zaklinowując się nogami o reling, by mieć ręce wolne do obsługi aparatu.

„Nikolas” to zbudowany w 2000 roku w Południowej Korei spory, ponad 200 metrowy grecki kontenerowiec, pływający pod flagą Panamy. Statek ciekawy o tyle, że w przeciwieństwie do klasycznych, stuprocentowych przedstawicieli tego gatunku posiada na pokładach dźwigi do za- i wyładunku. Oznacza to, ze zawijać może do portów i miejsc, które nie dysponuja żadnymi urządzeniami przeładunkowymi. Do nazwy „Nikolas” przywiązywać się za bardzo nie należy, statek w ciągu kilkunastu lat eksploatacji zmieniał ją już sześciokrotnie i nigdzie nie zagrzał miejsca na dlużej.

Tymczasem byliśmy już pod prawą burtą „Nikolasa”, z której zwieszał się był trap (czyli drabinka sznurowa). Z góry, z pokładu kontenerowca, uśmiechali się do nas trapowi. Chyba nieczęsto się zdarza, by ktoś robił im zdjęcia podczas przyjmowania pilota. Pan Grzegorz Mazur stał już na stalowym podeście na dziobie „Pilota-5” i czekał na dogodną chwilę, w której zrobi decydujący krok w stronę wiszącej drabinki. To jest ten moment, w którym zawsze wstrzymuję oddech modląc się w duszy, by wszystko poszło gladko. Pan Grzegorz znalazł jednak niezawodnie tę odpowiednią sekundę i już wspinał się na pokład statku.

Skoro tylko znalazł się na szczycie trapu, odeszliśmy od burty „Nikolasa”.

A więc z powrotem do kabiny, odjazd! I znów rozpoczęła się huśtawka na falach. Wiedząc co mnie czeka stanąłem tak, by jakoś utrzymać równowagę, co jednak wcale nie było takie proste. Przestałem więc martwić sie o „trzymanie” w kadrach horyzontu, walczyłem po prostu, by nie dać się wywrócić po raz wtóry. Fotografować mogłem albo zalane wodą szyby albo absolutnie spokojnego szypra za sterem. Pardon, za kierownicą. „Pilot” bowiem ma kierownicę, taką malutką, rajdową! Była w dobrych rękach, pan Wojciech ma najwyraźniej duszę rajdowca. Nie spoglądał na mnie, ale wiedziałem, ze ma świadomość mojej walki i całkiem dobrze się przy tym bawi.

Mimo wszystko udało mi się machnąć kilka fotek. Wyszło więc na moje!

© Antoni Dubowicz

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: