19czerwiec2018     ISSN 2392-1684

HMCS St. John‘s – gość z morza i z mgły

00 DSC0697a

Tego dnia port Marynarki Wojennej był pusty. Wszystkie okręty, które choćby tylko na papierze miały jakąkolwiek wartość bojową, były na ćwiczeniach. Do Gdyni powrócić miały dopiero nazajutrz.  Dlatego też zaskoczyła mnie znaleziona przypadkiem na stronie pilotów gdyńskich informacja, że do portu wejdzie HMCS St. John’s. HMCS oznacza kanadyjskie siły zbrojne. Nic nie podawano, by jakikolwiek okręt kanadyjski uczestniczył w tych bałtyckich manewrach, z „obcych” udział wziąć miała tylko jedna fregata z Danii. Ale z Kanady? Co kanadyjski okręt miałby robić na Bałtyku? Co też sprowadza go do Gdyni pod nieobecność floty?

Ciekawość zagnała mnie do portu. Stałem więc oto na samym końcu Molo Pasażerskiego, przy Nabrzeżu Belgijskim, przy którym nigdy nic nie cumuje, by być jak najbliżej główek wejściowych – próbując już na horyzoncie wypatrzeć zbliżający się kanadyjski okręt. Pogoda jednak spłatała mi figla. Choćbym nie wiem jak natężał wzrok, nie widziałem nic prócz gęstej ściany mgły. Nawet oddalony o niecałe 500 metrów falochron zewnętrzny był chwilami ledwo dostrzegalny. Zaczynałem już wątpić, czy czekanie ma sens, gdy nagle z mgły wyłonił się bezszelestnie wracający do portu „Pilot”, a krótko potem od morza doszedł wyraźny baryton syreny okrętowej. Po chwili powtórzył się trochę głośniej. Niesamowite, to dawno już zapomniany odgłos buczków mgłowych! Kiedyś należał do stałego elementu życia w Gdyni, potem zginął wraz z rozwojem elektronicznych systemów ostrzegawczych. Dźwięk ten wprawił mnie w stan podekscytowania. Wytężyłem oczy jeszcze bardziej, próbując przeniknąć przez mgłę.

Zobaczyłem go jednak dopiero, gdy był już w główkach wejściowych. Szary cień, który powoli zaczął zmieniać się w okręt. Wprowadzały go dwa gdyńskie holowniki. Mgła sprawiała, że wszystko odbywało się w absolutnej ciszy, bezgłośnie jak w niemym kinie.

Tymczasem okręt był już w awanporcie, zmierzając do wolnego miejsca przed dziobem statku handlowego, ładującego z nabrzeża wielkie suwnice, tuż przy budynku Dworca Morskiego przy Nabrzeżu Francuskim. Miejsce to zarezerwowane było kiedyś dla naszych transatlantyków, teraz stają tu w sezonie przychodzące do Gdyni wycieczkowce.

Zaskoczyło mnie, że na brzegu nikt na kanadyjski okręt nie czekał. Oprócz kilku cumowników i pracowników portowych nie było nikogo, żadnych mundurowych, żadnej oficjalnej delegacji MarWoju, miasta, portu, nic! Jedynym więc, przypadkowym „komitetem powitalnym” została brygada ludzi w ubraniach roboczych, ładujących suwnice na liberyjski statek. Ach, znalazł się wreszcie stojący z boku człowiek w mundurze marynarskim, wyglądający jednak bardziej na postronnego obserwatora niż oficjalnego przedstawiciela floty. Skoro jednak w mundurze, może coś wie – pomyślałem i właśnie do niego skierowałem pytanie, skąd Kanadyjczyk się tu wziął i jaki jest cel tej nieogłoszonej nigdzie wizyty. Jedyne jednak, czego się dowiedziałem, to że fregata nie ma nic wspólnego z odbywającymi się manewrami, a do Gdyni weszła tylko w celu uzupełnienia zapasów. Dobre i to. W końcu zrozumiałe, że jak się ktoś znajdzie tak daleko od domu, od czasu do czasu trzeba wpaść do spożywczaka i dokupić to i owo. Kiedyś przecież muszą skończyć się np. banany. A propos bananów, wybaczcie dygresję, były czasy, w których składowano je w wielkim magazynie tuż obok Dworca Morskiego. Niedawno jednak magazyn zburzono, by zrobić miejsce na coraz wyższe hałdy węgla, przywożonego masowo do Polski z Rosji, Chile i Australii. Choć wstyd to przyznać w XXI wieku, nasza energetyka nadal węglem stoi.

Zaczęło się już ściemniać, gdy odchodziłem od kei. W styczniu godzina 17:00 to już późny wieczór. Szczęśliwie mgła się nieco przerzedziła, inaczej nic bym już nie widział. Nie byłoby więc i tych zdjęć. Skoro już o tym mówimy, mimo nieciekawych warunków zaskoczyła mnie nieobecność fotografów. Nigdzie ich nie było, ani tych zawodowych, z gazet i różnych morskich portali, ani też zapaleńców, ship spotterów, którzy przecież takiej okazji normalnie nie przepuszczą! Zgadza się, że informacji o wejściu okrętu nigdzie nie podano, ale co się stało z pocztą pantoflową? Czyżby przestała działać? Trochę dziwne.

Pozostawiłem HMCS St. John’s przy nabrzeżu postanawiając powrócić tu następnego dnia, by sprawdzić, czy naprawdę opuści Gdynię o 10:00, jak przeczytałem ponownie na niezawodnej stronie pilotów. Kto wie, może jutro pogoda lepiej dopisze?

© Antoni Dubowicz 2018

PS:

Okręt wszedł do Gdyni w piątek, 26 stycznia 2018, o godzinie 16:00.

HMCS St. John’s (FFH 340) to jedna z 12 fregat rakietowych typu Halifax –budowanych w latach 1992 – 1996, będących podstawą kanadyjskiej marynarki wojennej. W latach 20012 do 2017 wszystkie jednostki zmodernizowano, dzięki czemu mogą pozostać w służbie do 2030 roku.

St. John’s zbudowano jako 11 w serii w stoczni Saint John Shipbuilding, Saint John, NB, wodowanie miało miejsce w sierpniu 1995, wejście do służby w czerwcu 1996. Okręt o wyporności 4.770 ton ma 134,1 m długości, 16,4 m szerokości, 4,9 m zanurzenia. Osiąga prędkość 29 węzłów, zasięg wynosi 9600 mil morskich. Załoga składa się z 225 osób. Aktualne uzbrojenie po modernizacji to 2 × 8 rakiet przeciwlotniczych RIM-162 ESSM, ponadto 2 × 4 sterowane rakiety do zwalczania celów morskich RGM-84 Harpoon, wyrzutnie MASS, 1 działko Bofors 57 mm Mk. 2, 1 × Phalanx CIWS, 4 wyrzutnie torpedowe Mk 32 z torpedami Mk 46, 8 karabinów maszynowych Browning M2, elektroniczny system prowadzenia walki Shield II oraz helikopter CH-148 Cyclone.

Podstawowym zadaniem fregaty jest niszczenie okrętów podwodnych, zwalczanie rakiet woda-woda i efektywna walka z szybkimi łodziami i dronami.

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Komentarze   

0 #1 pg 2018-03-09 22:22
świetne foty
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: