19czerwiec2018     ISSN 2392-1684

Pożegnanie z KA-EF-KĄ

00 DSC0256a

W latach dwudziestych polityczna władza w III Rzeszy zaczęła sterować rozwojem floty kutrowej, wprowadzając między innymi wspólnie z towarzystwem klasyfikacyjnym Germanischer Lloyd typologię jednostek A-K (12 – 24 m). Prywatnym rybakom zaoferowano finansowanie jednostek na bardzo korzystnych warunkach w zamian za zobowiązanie do udostępnienia ich marynarce wojennej w przypadku wojny.

W połowie lat trzydziestych zaczęto forsować budowę większego, 24 metrowego kutra (typu G) o konstrukcji drewniano-stalowej, skonstruowanego zarówno do połowu ryb - w czasie pokoju- jak i do uczestnictwa w działaniach wojennych w charakterze okrętu pomocniczego Kriegsmarine – mogącego pełnić służbę dozorowca, poławiacza min lub jednostki do zwalczania okrętów podwodnych.

Kuter ten, znany jako Kriegsfischkutter (KFK), zaprojektowało biuro Maierform GmbH z Bremen. Cywilne załogi tych jednostek były wcielane do wojska i otrzymywały odpowiednie przeszkolenie. Uzbrojenie w czasie wojny składało się, w zależności od charakteru służby, z jednego działka przeciwlotniczego 37 mm, dwóch automatycznych działek 20 mm, karabinów maszynowych lub bomb głębinowych.

W 1942 roku dowództwo Kriegsmarine zamówiło 1072 kutry KFK, rozpoczynając w ten sposób budowę największej serii statków w historii niemieckiej żeglugi. Jednostki produkowane były w 42 stoczniach w siedmiu europejskich krajach (między innymi w neutralnej Szwecji która myślała, że dostarcza tylko normalne kutry rybackie). W tym samym 1942 roku utworzono też w Swinemünde-Ost stocznię Ernst Burmester Schiffswerft KG, w której powstało ponad 400 kutrów KFK. Część z nich jednak została nieukończona, znajdując się pod koniec wojny w różnym stadium budowy.

Kilka kutrów KFK trafiło do nas w rozmaity sposób, sześć innych, rozpoczętych w Swinemünde (teraz już Świnoujściu) lub zatopionych i wydobytych, dokończono w latach 1947 do 1950 jako typ SKS-240 (Superkutry Świnoujście), wśród rybaków jednak wciąż funkcjonują one jako „ka-ef-ki”. To one właśnie stały się podstawą do projektowania i budowy późniejszych serii B-12 i B-25. Nawet ostatni, całkowicie stalowy wariant superkutra B-25s nosi jeszcze wyraźne cechy pierwowzoru.

Czas jednej z nielicznych już dziś, oryginalnych „ka-ef-ek” dobiega właśnie kresu we Władysławowie. Jest to KFK 309, ukończony pod koniec 1943 roku dla Kriegsmarine jako okręt strażniczy (Hafenschutzboot) O.Re 38. Okręt ten uczestniczył miedzy innymi w ewakuacji ludności i żołnierzy z Krajów Bałtyckich i Prus Wschodnich. W przeddzień kapitulacji wypłynął z Windawy lub Lipawy w ostatni rejs ewakuacyjny do jednego z portów w regionie Schleswig-Holstein.

W maju 1945 zatonął, lecz już w czerwcu 1945 podniesiono go, naprawiono i wcielono do służby jako UJ 315 (Deutsche Minenräumleitung) pod banderą okupowanych Niemiec (kod „C”). W 1947 roku przekazano go w ramach reparacji Wielkiej Brytanii, pływał jednak pod banderą Stanów Zjednoczonych, użytkowany przez Office of Military Goverment for Germany (US).

Użytkowany przez kilka lat jako kuter rybacki Antje (SS 105), odkupiony został od Brytyjczyków przez RFN, po czym powrócił do służby wojskowej, początkowo jako patrolowiec służb granicznych  W 1, później, w służbie Bundesmarine, jako portowy strażnik H 1 czy też patrolowiec przybrzeżny KW 1 W 1, zanim w 1963 roku przeniesiono go do rezerwy.

Od grudnia 1968, zakupiony przez firmę P. Freter z Heiligenhafen, wychodził w morze z niemieckimi wędkarzami, nosząc kolejno nazwy Hecht III oraz Seeteufel.

Wreszcie w 2008 roku trafił do Polski. Jego nowym – i ostatnim -  właścicielem został pan Bolesław Domnik z Władysławowa, który eksploatował go jako jacht wędkarski, czy też wędkarsko-rekreacyjny. Właściciel nie zmienił się do samego końca, sam statek natomiast przeszedł kilka mniej lub bardziej udanych stylistycznych metamorfoz. Nosił też różne nazwy, jak „Perła Bałtyku” czy „Jastrząb D”. W ostatnim swoim wcieleniu został „Rotmistrzem Witoldem Pileckim”.

Widziałem go w styczniu na stoczniowym slipie we Władysławowie i z peronu kolejowego zrobiłem mu zdjęcie „przez płot”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie to jego ostatnia fotografia, że statek czeka na rozbiórkę.

Kilka dni temu, gdy znów wpadłem do stoczni „Szkunera”, z „Pileckiego” pozostało już niewiele -  drewniany kil ze strzępem dziobnicy i kilkoma plankami poszycia, ostatnie dwie stalowe wręgi, sterta pociętych blach, rur i kątowników, jakieś kotły i sporo drewna. Wewnątrz resztek kadłuba pracownicy skuwali tony wlanego do niego betonu, inni ustawiali w sztaple kostki betonowe, służące „Pileckiemu” jako balast, ktoś ciął palnikiem pozostałości po nadbudówce. Ot, wszystko.

Dziś, kiedy piszę te słowa, nie ma już być może śladu po tej ka-ef-ce. Jeszcze jeden kuter należy do przeszłości. Miał ponad 77 lat i nadzwyczaj bogate - w często dramatyczne wydarzenia - życie.

Obrazki jak te zawsze są bardzo smutne. Żegnaj, KA-EF-KO!

© Antoni Dubowicz 2018

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: