24wrzesień2018     ISSN 2392-1684

Rybacy z Oksywia / część 1, powrót z łowiska

00 DSC0498a

Codziennie o drugiej w nocy wyruszają w morze, by wyciągnąć ryby z sieci. Powracają krótko po szóstej rano. Sześć dni w tygodniu. Tylko w niedzielę nie pracują, w niedzielę jest święto. Rybacy z niewielkiej żółtej łodzi ze znakiem burtowym OKS-5: dwa pokolenia Siewertów, Zbigniew i Adam, ojciec i syn, oraz pan Zenon Wnuk.

To rybacy z dziada pradziada. Ta tradycja jednak powoli zanika. Już dzisiaj ich synowie znajdują inną, łatwiejszą i lepiej płatną pracę. Ich wnukowie rybackie tradycje znać będą wyłącznie z rodzinnych fotografii, prawnukowie zaś - być może – już wcale.

Takie czasy. Coraz mniej jest rybaków łodziowych, podobnie jak ryb w Bałtyku.

Dzisiaj łódź OKS-5 wróciła z morza o wpół do siódmej rano. Zgodnie z zapowiedzią, byliśmy bowiem umówieni. Czekałem na nią na brzegu dopiero co oddanej do użytku nowej Przystani Rybackiej na Oksywiu. Przeniesiono ją tu z oddalonej o kilkadziesiąt metrów plaży, której już nie ma. Ustąpiła miejsca betonowej promenadzie, czy też falochronowi. Nowa przystań, finansowana z pomocą pieniędzy unijnych, pochłonęła ponad 3,6 miliona złotych. Zbudowano za nie falochron brzegowy, betonową pochylnię i elektryczne wyciągarki dla pięciu łodzi. Trochę na wyrost, bo łowią tylko dwie: OKS-5 i bardzo podobna do niej OKS-1. Pozostałe stoją na piachu w charakterze dekoracji.

- Dużo pieniędzy na nasze dwie łódki – mówią rybacy. To prawda, tym bardziej, że są przecież inne, nadal niezaspokojone potrzeby Osady Rybackiej, jak na przykład podłączenie wszystkich domów do systemu kanalizacji miejskiej. Aż trudno sobie wyobrazić, że w drugim dziesięcioleciu XXI wieku wciąż są jeszcze w Gdyni dzielnice bez kanalizacji! Palących problemów jest więc pod dostatkiem.  

Wróćmy jednak do wracającej  z łowiska łodzi. Załogę OKS-5 poznałem zaledwie kilka dni wcześniej  na otwarciu przystani. Dobrze nam się rozmawiało, to bardzo otwarci ludzie. Przyszedłem więc zapowiedziany, nie zaskoczył ich stojący na brzegu fotograf. Poranek w ten czwartek, 16 sierpnia, zapowiadał się piękny i gorący. Słońce zdążyło się już obudzić. Teraz wstawało powolutku, wciąż jeszcze nisko nad horyzontem, świecąc mi prosto w oczy. Cóż, to będą kolejne „trudne” zdjęcia. Ale co zrobić, Gdynia już ma takie położenie, trzeba się z tym pogodzić, trzeba się z tym uporać!

Wody przy Oksywiu to dla rybaków dość specyficzne, trudne łowisko. Niedalekie wejście do portu, wysunięta daleko w morze Formoza, zbudowana przez Niemców w czasie wojny torpedownia, w której stacjonuje dziś Morska Jednostka Działań Specjalnych, wchodzące i wychodzące z portu statki – wszystko to ogranicza bardzo możliwości łowienia. Rybacy mają więc siłą rzeczy dodatkowy kłopot, stawiając sieci czy żaki na granicy obszarów podległych Marynarce Wojennej.

Idącą do przystani łódź dostrzegam już z daleka. Morze jest spokojne jak lustro, szczególnie w cieniu wysokiego brzegu. Na horyzoncie „unoszą się” nad wodą (to ciekawe zjawisko) statki, rozpoznaję nawet ciemną sylwetkę okrętu podwodnego! OKS-5 zatrzymuje się po kilku minutach w płytkiej wodzie kilka metrów od linii brzegowej. Rybacy, ubrani w gumowe buty do pasa i nieprzemakalne peleryny wyglądają – szczególnie pod słońce - jak postacie z Gwiezdnych Wojen. Wskakują do wody i zaczynają wynosić z łodzi kosze z sieciami i skrzynki z rybą. Jest w nich prawie wyłącznie flądra. W sumie trzy niezbyt pełne skrzynki i dwa, może trzy wiaderka. Ot, cały połów. Tylko tyle wyciągnęli z sieci po dwóch dniach. Dwóch, bo przecież w środę było święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i nie wyszli w morze. Nie ma co ukrywać, to rozczarowujący połów.

– Nie jest różowo - przyznają zapytani – ale nie ma już ryby w Zatoce! Narzekanie nie ma jednak sensu. Dzięki zapomogom i tym skromnym połowom zarabiamy tyle, że starcza akurat dla nas, dla naszych rodzin. Lecz o czymś więcej nawet marzyć nie można –

Nie zazdroszczę im tej pracy, co nie zmienia faktu, że jestem dla nich pełen podziwu. Staram się więc i ja wykonać moją pracę jak najlepiej.

Wyładowane z łodzi skrzynki i osprzęt trzeba zataszczyć do dolnej stacji kolejki szynowej, łączącej starą przystań ze stojącym na wysokiej skarpie budynkiem zaplecza socjalnego. Plaża w nowej przystani jest węższa i bardziej stroma. Rybacy muszą wiec się nieźle natrudzić, targając pod górkę skrzynki lub pchając przed sobą wyładowane taczki po sypkim piachu. Do wyciągu mają stąd kilkadziesiąt metrów. Po załadowaniu na wózek wszystkich skrzynek i osprzętu dzwonią do którejś z czekających już w budynku na górze żon (rybołówstwo przybrzeżne zawsze było pracą dla całej rodziny), by włączyła wyciągarkę.

Wyciąg jest wyłącznie towarowy, przewóz osób jest surowo zakazany! Taki przepis. Rybacy muszą więc pokonać skarpę na piechotę, po stromych schodach. Także i ja wdrapuję się na szczyt. To męczące, lecz sił dodaje mi fakt, że na górze będę mógł być obecny przy rozładowaniu wózka i filetowaniu złowionych ryb! Ale to pokażę Wam już w następnych Morskich Kadrach.

PS:

OKS-5 to siedmiometrowa, otwarta drewniana łódź z dębiny (długość na wodnicy 6,80 maksymalna 7,20 m) o pojemności brutto GT 2,72 , zbudowana systemem gospodarczym w 1990 roku. Jej nośność (ładunek wraz załogą) wynosi 0,5 tony. Napędza ją silnik IFA o mocy 15,7 kW, czyli około 21 KM. Załoga składa się z trzech osób (choć czasem dochodzi do tego fotograf!)

© Antoni Dubowicz 2018

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Komentarze   

0 #2 SD 2018-08-20 13:04
WOW
Cytować
+3 #1 Damroka 2018-08-18 15:37
Fantastyczny, pięknie zilustrowany reportaż!
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: