24wrzesień2018     ISSN 2392-1684

Rybacy z Oksywia / część 3, żaki

00 DSC0662a

Filetowanie w stojącym na szczycie klifu budynku socjalno-magazynowym skończyło się, załoga łodzi jednak zbiera się do ponownego wyjścia w morze. Do przystani wracam razem z nią, w zasadzie tylko po to, by opowieść o Rybakach z Oksywia zakończyć pasującą klamrą.

(Przypominam, w części pierwszej opisałem powrót z łowiska: http://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/3603-rybacy-z-oksywia-czesc-1-powrot-z-lowiska.html , a w drugiej filetowanie: http://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/3610-rybacy-z-oksywia-czesc-2-filetowanie.html )

Zamknięciem tematu miało być właśnie to powtórne wyjście OKS-5 na łowisko. Trzeba sprawdzić, czy i co złapało się w zastawione dwa dni wcześniej żaki.

Co to są żaki? 

Żaki to pułapka do połowu ryb, stosowana miedzy innymi na stawach, jeziorach, zalewach oraz wodach morskich. Posługując się opisem, znalezionym na fachowej stronie nova-net.com.pl – „…to sieć rozpięta na stalowych, drewnianych obręczach a zamontowane w środku komory powodują, że ryba która wpłynie do środka nie ma możliwości powrotu. Pierwsza obręcz zazwyczaj jest D-kształtna a jej wysokość określa wielkość żaka. Do żaka montuje się płot/skrzydło mające na celu zagrodzić drogę przepływającej rybie. Mamy żaki dwuskrzydłowe (tzw. przestawa) lub dwustronne (dwa kosze połączone jednym płotem). Możemy również dołączać dodatkowe mieroże (żak z jednym skrzydłem) tworząc zestawy zwane inaczej kozakami…”

Musiałem mieć bardzo żałosnną minę, bo któryś z rybaków zagadnął mnie (półżartem?), czy nie chciałbym zabrać się z nimi. To mnie zelektryzowało! Dwa razy nie trzeba mnie zapraszać! Słowa nie zdążyły więc jeszcze przebrzmieć, a już wdrapywałem się na dziób stojącej na wodzie łodzi!  

Wyruszyliśmy dokładnie o 7:30. Szybko stało się jasne, że dla czterech mężczyzn na łodzi jest ciasno. Nawet bardzo ciasno. Dziób jest zabudowany, na prawej burcie zainstalowana jest winda sieciowa. Za nią jest akurat dość miejsca do pracy dla dwóch rybaków. Na rufie za sterem stoi szyper, na podłodze całkiem spora skrzynia na silnik. Resztę przestrzeni na pokładzie zajmują skrzynki na ryby, pojemniki na sieci, deski, żerdzie, pławiki, żelazne kotwice i wszystkie te absolutnie niezbędne drobiazgi, o których istnieniu szczury lądowe nie mają zielonego pojęcia. Tylko miejsca dla fotografa nie ma! I właśnie tam i tylko tam mogę się usytuować. Staram się więc być niewidoczny i nie przeszkadzać, a jednocześnie wepchnąć się z obiektywem aparatu wszędzie tam, gdzie się pracuje. Trudno to pogodzić na tej łupince. Zaczynam pojmować, że nocne zdjęcia na łowisku muszą być jeszcze trudniejsze, jeśli nie wręcz niemożliwe. Ten zamiar będę więc musiał poważnie przemyśleć. Ale nie teraz. Teraz podpatruję pana Zenka i pana Adama przy sieciach i pana Zbigniewa za sterem. Robię, co mogę.

Podchodzimy do ustawionych blisko brzegu żaków. Ustawione są one na wbitych w dno akwenu, zabezpieczonych kotwicą i oznaczonych chorągiewkami żerdziach. Trzeba podpłynąć do pierwszej z żerdzi, wyciągnąć ją z wody, podnieść mocującą ją kotwicę, po czym przystąpić do wybierania tzw. kutli, czyli kotłów połowowych. Kotły takie połączone są ze sobą, tworząc długą linię w wodzie. Na końcu znów kotwica i żerdź. Wyciąganie kutli to niesłychanie ciężka, ręczna praca. Na twarzy pana Zenka, który stoi najbliżej mnie, wyraźnie maluje się wysiłek. Przeciągając sieci nad burtą łodzi trzeba je jeszcze wyczyścić z narośli i z meduzowatej galarety, przyczepionej się do oczek siatki. Niestety, oprócz niej nie ma w nich nic. Żadnej ryby. Rybacy układają kolejne obręcze na pokładzie. Drugi kocioł, trzeci (każdy z nich ma dobrych kilka metrów) – i znowu nic. W następnym wije się węgorz. Jeden jedyny! Tym rezultatem kończy się pierwsza linia żaków.

W drugiej ta sama procedura. I ten sam rezultat – jeszcze jeden węgorz. I na tym koniec. Te dwa węgorze, nawet nie największe – to cały dzisiejszy połów! 

- Cóż, nie jest to nasz szczęśliwy dzień – mówią rybacy. – Coraz więcej takich dni, niestety. Nie ma już prawie ryb w Zatoce! –

Po czym wspominają dawne, dobre czasy, lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, gdy z żaków wyciągało się regularnie kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt kilogramów węgorza!

Lecz na łodzi nie ma wiele czasu na wspominki, robota czeka! Trzeba postawić ponownie dopiero co wyciągnięte z wody żaki. Krótka dyskusja, jaką trasę wybiorą łososie dzisiaj, po czym szyper prowadzi łódkę do punktu, w którym postawi się pierwszą tyczkę. Pan Zenek i pan Adam wiążą ze sobą kolejne kotły. Widać, że to zgrany zespół, każdy ich ruch „siedzi”, wszystko idzie jak w zegarku, bez zbędnych słów. Kwadrans po godzinie ósmej do wody idzie ostatnia tyczka. Kierujemy się do niedalekiej przystani. Na dziś robota skończona. W każdym razie robota na wodzie. Ile czasu zajmie jeszcze klarowanie lodzi, czyszczenie sprzętu – no i sprawy administracyjno- papierkowe, nie wiem. Godzinę? Dwie? Trzy? Ile zostanie jeszcze dnia na życie rodzinne? Jutro o drugiej w nocy rybacy będą znów na Zatoce, zbierając i stawiając sieci. I tak codziennie. Z wyjątkiem niedziel. W niedzielę jest święto, w niedzielę rybacy nie pracują. Rybacy, załoga niewielkiej żółtej łodzi ze znakiem burtowym OKS-5: dwa pokolenia Siewertów, Zbigniew i Adam, ojciec i syn, oraz pan Zenon Wnuk.

Morskie Kadry zamykają się więc prawie tak samo, jak się zaczęły w części pierwszej. Powrotem z łowiska. Z tą różnicą, że tym razem fotograf jest na pokładzie, a nie na brzegu. Silne ręce wciągają dziób łodzi na piaszczysty brzeg. Wyskakuję uważając, by nie zmoczyć siebie, a szczególnie aparatu. Żegnamy się krótko, nie ma czasu na wylewności. Ja moją pracę bowiem już skończyłem, oni mają jeszcze dużo do zrobienia.

 

© Antoni Dubowicz 2018

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: