24wrzesień2017     ISSN 2392-1684

01 174241

Okropności wojny – produkcja mydła z ludzkiego tłuszczu / MARYNARZ POLSKI nr 2, maj 1946

Uwaga –poniższy materiał jest szokujący!

W jednym z nieopublikowanych fragmentów wspomnień doktora Wincentego Natkańskiego (cały szereg „morskich” rozdziałów drukowaliśmy ekskluzywnie w Naszym Bałtyku – patrz linki pod artykułem) znalazła się wstrząsająca relacja o produkcji przez Niemców w Zakładzie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku-Wrzeszczu mydła z ludzkich zwłok.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 482
00 ERKI

Statki ratownicze „R-1”, „R-2”, „R-3”, „R-4” - marynarskie wspomnienie Andrzeja Patro

W połowie lat 50-siątych ubiegłego wieku Gdyńska Stocznia Remontowa, Gdynia wybudowała cztery siostrzane jednostki „R-1”, „R-2”, „R-3” i „R-4”, przeznaczone dla Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Ostatnim kutrem z tej serii był „R-4”. Wszystkie statki charakteryzowały się podobnymi parametrami. Jerzy Miciński i Stefan Kolicki w książce „Pod polską banderą” (Wydawnictwo Morskie, Gdynia, 1962, str. 101) zaznaczają, że „wszystkie były nieco przebudowywane dla polepszenia stateczności”. Dodają także: „Budowa kompozycyjna – wręgi stalowe, poszycie burt drewniane; adaptowane kadłuby seryjnych kutrów rybackich typu „B-25”. Statki pełniły służbę w Polskim Ratownictwie Okrętowym (PRO): „R-1” w Helu, „R-2” w Ustce, „” w Darłowie, „R-4” w Kołobrzegu.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 1008
001

Tajemnicze instalacje w Porcie Wojennym w Gdyni

(Poniższy artykuł nadesłał do redakcji pan Andrzej Patro. Zgadzamy się z nim, że opisana historia jest równie ciekawa, jak i tajemnicza, zachęcamy więc do lektury – red.)

________________________________________________________________________________________________________________________________

W połowie sierpnia 2013 roku, korzystając z zaproszenia do zwiedzania portu Marynarki Wojennej, pojechaliśmy razem z moim przyjacielem Krzysztofem Jóźwiakiem do Gdyni. Po zwiedzeniu interesujących nas okrętów mieliśmy jeszcze dużo czasu, a także – co nas trochę zdziwilo - nieograniczoną swobodę w poruszaniu się po porcie. Nikt też nie zabraniał nam robić zdjęć.

Krzysztof czuje się w Porcie Wojennym jak w domu, spędził tam dobrych kilkanaście lat. Tuż przed odejściem do cywila pływał jako chorąży na okręcie rakietowym ORP Hutnik. Teraz zwrócił moją uwagę na kilka nietypowych instalacji, znajdujących się na terenie bazy mniej więcej 60 m od nabrzeża w odstępach około 20 metrów. Każda z nich składała się z dwóch metalowych pierścieni cumowniczych, zwanych przez marynarzy „ringami”, przetkniętych przez zalane w betonowym fundamencie wielkie „ucho”, utworzone z dwóch innych pierścieni. Całość konstrukcji tworzyła jakby stempel o wymiarach około 4,0m x 4,7m. Po usunięciu wspólnymi siłami chwastów i śmieci zrobiłem im kilka zdjęć.

Krzysztof twierdził również, że pomiędzy tymi ringami znajdowała się kiedyś betonowa nisza o wymiarach mniej więcej 3 m x 3 m, zagłębiona na około 1 – 1,5 metra. Ścianki tej konstukcji wystawały około 1 m nad powierzchnię terenu. W niszy tej zamontowana miała być mechaniczna wyciągarka, służąca prawdopodobnie do podnoszenia z dna basenu portowego stalowej siatki – zapory przeciw okrętom podwodnym. Siatka ta miała również zapewniać ochronę przeciwtorpedową. Takie w każdym razie nasuwa się przypuszczenie. Potwierdzają je też koledzy Krzysztofa, podobnie jak i on, marynarze. Niestety, wśród zarastających port wojenny krzaków i chwastów nie udało się nam tej konstrukcji odnaleźć. Może została ona zasypana podczas niwelowania tej części portu wojennego? Mogło się tak stać, gdyż w pobliżu wyburzono trzy niskie budynki koszarowe, wykorzystywane w czasie II Wojny Światowej przez Kriegsmarine.

Prawdopodobnie cały ten system obronny był dziełem niemieckich inżynierów, nie jest to jednak pewne. Można snuć różne domysły, sprawa pozostaje jednak do dzisiaj zagadkowa i tajemnicza. Faktem jest, że to właśnie z tego miejsca, przy którym umieszczone są wzmiankowane ringi, wyruszył w swój ostatni, korsarski rejs pancernik „Bismarck”. Po wojnie zaś dokładnie w tym miejscu cumowały dwa kolejne niszczyciele o nazwie ORP „Warszawa”.

Takie same ringi zainstalowane mogły być również na przeciwległych nabrzeżach - w porcie handlowym. Wieści takie krążyły podobno wśród załóg polskich okrętów tuż po zakończeniu II wojny światowej. Śladów po nich jednak nie ma. Być może zniszczone zostały jeszcze w trakcie działań wojennych lub też usunięto je później, przy odbudowie portu i usuwaniu dokonanych przez okupanta zniszczeń.

Po tej wizycie w Porcie Wojennym długo szukałem w internecie jakiejkolwiek informacji na ich temat. Niestety, bez skutku. Nie znalazłem też żadnych odnośników, żadnych linków, nic! W sieci tych informacji po prostu nie ma.

Nie twierdzę, że Krzysztof Jóźwiak przekazał mi niesprawdzoną wiadomość, nie twierdzę też, że ja się nie mylę w swoich przypuszczeniach, ale jednego jestem pewny. Ta historia jest na tyle tajemnicza i ciekawa, że warto ją przekazać Wam, czytelnikom. Może wśród was znajdzie się ktoś, kto będzie mógł do niej coś dodać, coś uzupełnić ?

PS: Bardzo dziękuję Krzysztofowi Jóźwiakowi za pomoc przy pisaniu tego tekstu. AP

tekst i zdjęcia: © Andrzej Patro

opracowanie redakcyjne: naszbaltyk / AD

 

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 1030
01

Żegluga na barkach - marynarskie wspomnienie Andrzeja Patro

Jeszcze w latach 80 - tych XX wieku Żegluga Śródlądowa miała realną szansę egzystencji. Woziliśmy wówczas rzekami dużo towarów, na szlakach żeglownych był jakiś ruch. Jednak gdzieś w połowie lat 80 - tych komuś „u góry” coś raptem odbiło i większość statków śródlądowych została przymusowo odstawiona na sznurek. Niestety ja też przerobiłem ten temat jako pracownik Żeglugi Bydgoskiej. Pracowałem wówczas jako bosman na pchaczu „Bizon B -24”. Zapotrzebowanie na przewozy towarów statkami śródlądowymi raptownie zmalało. Wpływ na to miały rażąco mylne decyzje rządu o zaniechaniu dalszego finansowania regulacji szlaków żeglownych na Wiśle i Odrze i innych szlakach żeglownych. W rezultacie tego trudno było dopłynąć z Gdańska do Bydgoszczy pchając przed sobą barki o zanurzeniu 1 i pół metra.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 952
WŁA 55 fot 1

Historia kutra WŁA-55

 Jaka jest historia kutra WŁA-55?

– cytujemy list od Państwa Romualdy i Jerzego Białkowskiego, członków rodziny, która była właścicielami kutra i użytkowała go na morzu.
Polecamy tę lekturę! Zdjęcia o ogromnej wartości historycznej pochodzą ze zbioru Państwa Białkowskich.

Kuter Wła-55 wybudowany został w Stoczni Hirtshals (Dania) w 1945 roku. Jest to kuter rybacki o wymiarach 16,00 x 4,35 x 2,35 m z silnikiem czterosuwowym Bukh 90 KM otrzymany z UNRRA. W Polsce kuter został zarejestrowany 5 maja 1946 roku jako Gdy-76 Helena. Właścicielem był Augustyn Białkowski zamieszkały do 1948 r.
w Mechelinkach, a następnie w Wielkiej Wsi, Władysławowie.
Na sterówce kutra Wła-55 znajdowała się rzeźba przedstawiająca sylwetkę syreny morskiej z napisem – Helena. Jest ona widoczna
na jednym ze zdjęć wykonanych podczas kręcenia filmu „Kaszëbë – legenda o miłości”.

Kaszubscy rybacy, w tym Augustyn Białkowski otrzymali od władz polskich propozycję, że jeżeli przeprowadzą się kutrem na „ziemie odzyskane” to będą zwolnieni z podatku od dochodów z połowów. Augustyn zgodził się na tę propozycję i od 1947r. jego kuter stacjonował najpierw w porcie w Świnoujściu – z oznaką Świ-9, potem od 19.06.1948r. w Darłowie (jako Dar-7 ), a od 1950r. w Ustce (UST-28). Ze względu na sprawy rodzinne (tu wybudował dom) powrócił do Władysławowa i od 29.10.1954r. kuter otrzymał oznakę Wła-55.

  • Nasz Bałtyk
  • Odsłony: 975