04kwiecień2020     ISSN 2392-1684

00 DSC0104aa

Prosna

„… Jak dobrze jest wiosną podumać nad Prosną

Lub snuć myśli w kółko nad inną rzeczułką

Nad jakąkolwiek rzeczu-u-u-ułką…” (*)

Ledwo zobaczyłem ten statek, piosenka sama zaczęła nucić się w mojej głowie. I już nie mogłem się jej oprzeć.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 147
00 trzy plawy

Dwie wyprawy na trzy pławy

Dwa dni na „Tucanie” stały pod znakiem trzech pław. Pierwsza czekała na nas na podejściu do portu w Gdańsku, druga na Martwej Wiśle, trzecia w Porcie Północnym.

Zacznijmy jednak od początku, od dnia pierwszego, 13 lutego. Od pomostu w Basenie Prezydenta „Tucana”, stateczek hydrograficzny Urzędu Morskiego w Gdyni, odeszła kilka minut po godzinie ósmej. Czyli rano. Jak na mnie, nawet bardzo rano (od czasu, kiedy nie muszę już pracować, rozleniwiłem się i poranki moje bywają długie!). „Tucaną” dowodziła znana już Wam z kilku Morskich Kadrów Grażyna (Gaga) Sadłoń. Pozostali członkowie załogi to Andrzej Ustarbowski, mechanik oraz Bogdan Grubba i Eugeniusz Jurkiewicz, marynarze. 

Dzień rozpoczęliśmy od podejścia do siedziby gdyńskiej Grupy Oznakowania Nawigacyjnego przy Nabrzeżu inżyniera Wendy, skąd zabraliśmy Piotra Rawłuszewicza, specjalistę z Zespołu Serwisowego.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 233
00 DSC0281aa

Port, nocna zmiana

Statek obserwowałem od dwóch dni, a właściwie – dokładniej rzecz ujmując – od dwóch nocy. Stał przy nabrzeżu Polskim i ładował węgiel, nieprzerwanie przez całą dobę, na trzy zmiany. Właśnie w nocy wyglądał szczególnie interesująco. Ciemny, masywny kadłub otoczony aureolą świateł i dwa poruszające się tam i z powrotem wysokie dźwigi z migoczącymi podczas ruchu reflektorami na szczycie. Co rusz zerkałem przez kuchenne okno, w końcu postanowiłem ruszyć do portu i zobaczyć ten spektakl z bliska. Nie przeczę, chciałem też przy okazji sprawdzić, czy uda mi się to sfotografować.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 406
Setna rocznica Zaślubin Polski z Morzem rekonstrukcja z okazji i na cześć

Setna rocznica Zaślubin Polski z Morzem – rekonstrukcja z okazji i na cześć

Obejmowanie przyznanych Polsce na mocy Traktatu Wersalskiego terenów rozpoczęło się dopiero po wejściu w życie postanowień wersalskich, tzn. od 10 stycznia 1920 r. Na Pomorze wojska polskie wkroczyły 17 stycznia 1920 r. 18 stycznia zajęły Toruń, 23 Grudziądz, a 10 lutego dotarły do wybrzeża morskiego. Tego dnia w Pucku odbyły się symboliczne Zaślubiny Polski z Morzem, zorganizowane dla uczczenia powrotu Polski nad Bałtyk. Z Gdańska przybył specjalnym pociągiem Dowódca Frontu Pomorskiego generał Józef Haller. Towarzyszyła mu dwudziestoosobowa delegacja Sejmu, przedstawiciele rządu, m.in. minister spraw wewnętrznych Stanisław Wojciechowski, wicepremier Wincenty Witos, wojewoda pomorski Maciej Rataj, kontradmirał Kazimierz Porębski oraz dyplomaci: szef misji brytyjskiej i attache wojenno-morski USA. Oto jak wspomina tamte wydarzenia naoczny świadek – wojewoda pomorski Maciej Rataj - Marszałek Sejmu Ustawodawczego 1920 r: „…Sama uroczystość w Pucku, choć bardzo podniosła, jednak była źle zorganizowana. Nikt się nami nie zajął, nikt nie wskazał drogi. Musieliśmy z Ministrem Wojciechowskim szukać sami ,,dostępu do morza" przez rozmokłe błonia nadbrzeżne, brnąc w błocie do kostek. Deszcz padał na umór, tak że nad księdzem celebrującym mszę na brzegu morza trzymano parasol. Zatoka była zamarznięta, musiano przerąbać przerębel, by gen. Haller mógł dokonać ,,zaślubin z morzem", wrzucając do morza pierścień. Wskutek niesprzyjających okoliczności ceremonia dużo straciła na uroku. Nie udało się w tych warunkach podnieść wrażenia i ,,wjechanie do morza" oddziału Konnicy Polskiej nie nastąpiło, a dało to komuś złośliwemu okazję do uwagi, że fantazja polska każe robić wszystko na opak: konnicy każemy pływać po morzu, a marynarzom chodzić po lądzie. Nie zorganizowany był też bankiet, który się odbył wieczorem w miejscowej Kursali…” (pamiętniki Macieja Rataja)

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 253
00 DSC0749aa

W czeluściach AAL KOBE

To jedna z tych sytuacji, które zdarzają się przypadkiem, niejako po drodze. Tego dnia, a był to piątek, 26 stycznia 2018, poszedłem do portu, by przyjąć wchodzący do Gdyni okręt kanadyjski, fregatę rakietową HMCS St. John‘s – „gościa z morza i z mgły”. Właśnie pod tym tytułem opublikowałem później obszerną fotorelację w Naszym Bałtyku. Kto zechce, przypomni ją sobie lub przeczyta po raz pierwszy ( https://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/3433-hmcs-st-john-s-gosc-z-morza-i-z-mgly.html ).

Przy Francuskim jednak cumował tego dnia jeszcze jeden statek. Z wyglądu duży masowiec o wysokich, trochę zgniło zielonych burtach. Nazywał się AAL KOBE, na rufie wisiała flaga Liberii, co oznajmiała też nazwa portu macierzystego – Monrovia.

  • Antoni Dubowicz
  • Odsłony: 308

Przeczytaj również: