25październik2020     ISSN 2392-1684

Wielkie holowanie - „Ceona Amazon” opuszcza Gdynię (1)

00-DSC 8714-nb

„Centaur II” ruszył jako pierwszy. Kiedy dochodziłem do zacumowanych przy kei holowników, aby zająć przydzielone mi miejsce na „Herosie” – „Centaur” właśnie rzucił cumy i odpłynął w głąb kanału portowego. Na końcu Basenu IV zrobił zwrot w kierunku stoczni i zniknął z pola widzenia.

Miałem przecież zamustrować o 17:00! Spojrzałem na zegarek bojąc się, że się spóźniłem. Ale nie, przyszedłem na czas. Do piątej brakowało jeszcze pięciu minut, kiedy wskoczyłem na pokład „Herosa”. Czekano już na mnie. Pierwsze kroki poprowadziły mnie na mostek, gdzie zameldowałem się i przedstawiłem kapitanowi. Ledwo jednak zdążylem się dowiedzieć, że zdjęcia mogę robić z każdego miejsca na holowniku, a już nadszedł komunikat, żeby odchodzić. Ruszyliśmy więc. Kapitan zasiadł w wygodnym fotelu, skupiony, ale jednocześnie rozluźniony. Prowadzony przez niego „Heros” poruszał się zgrabnie jak gokart, sterowany delikatnymi ruchami dwóch joysticków. Próżno szukać na mostku sternika, omiatającego wzrokiem horyzont, co rusz sprawdzającego kurs na tarczy kompasu, trzymającego mocno szprychy koła sterowego. Coś mi się zdaje się, że te czasy to już historia, a ja naczytałem się zbyt dużo morskich książek. Dzisiejsza sterówka to przeszklona, jasna, ciepła i przyjazna kabina, w której kapitan, zamiast lornetki przy oku, ma przed sobą baterię monitorów, które informują go o wszystkim, co dzieje się na statku. Trzeba tylko wiedzieć, w który ekran spojrzeć i rozumieć jego wskazania.

Kiedyś lecialem wojskowym śmigłowcem w czasie niepogody. Miotało nami dość nieprzyjemnie. Pilot powiedział mi, że w kokpicie jest wprawdzie milion różnych zegarów, wskaźników, wajch i przełączników (co nieobytego pasażera może przerazić), ale tak naprawdę latanie to sprawa wyczucia i wrażliwego „siedzenia”. Helikopter reaguje bowiem na każdy najmniejszy nawet ruch właśnie tej części ciała. Sądząc po tym, że wylądowaliśmy bez przeszkód – pilot miał ją całkiem niezłą! Jazda holownikiem przypomniała mi tamtą przygodę, z tą jednak zasadniczą różnicą, że ruchy statku nie były tak nerwowe jak helikoptera, a kapitan wcale się w fotelu nie wiercił!

Dla niego czekające nas holowanie było rutyną, siedział więc odprężony, popijając kawę (nie wiem, czy powinienem to napisać), opowiadając mi o samym statku i pracy na nim. Dla mnie jednak była to wielka wyprawa w nieznane. Już sam przejazd przez port był podniecający, a „Heros” okazał się być dużo większy, niż myślałem. Ganiałem więc po pokładach, starając sie znaleźć najlepsze „punkty widokowe”. Niebawem mieliśmy bowiem dojść do celu pierwszego etapu, czyli do basenu stoczniowego, gdzie czekał już zaprzęg, złożony z hamburskiego holownika „Bugsier 10” i zwodowanego w stoczni Nauta kadłuba dużego statku. Zaprzęg ten miał pójść do Niemiec, a my mieliśmy mu pomóc w wydostaniu się z gdyńskiego portu. Nasze miejsce było za rufą holowanego kadłuba, podczas gdy „Centaur” pełnić miał rolę „skoczka”, czyli wspomagać i asystować. Stygła więc moja kawa, popijana nerwowo z doskoku, bo naprawdę nie miałem czasu na sprawy tak przyziemne w obliczu takiej PRZYGODY!

Bura masa kadłuba, widziana wprost pod słońce – wydawała się ciemna i groźna. „Bugsier” przed dziobem był już w pogotowiu, wypuszczając z komina obłoczki białej pary. Gdy podeszliśmy nieco bliżej, udało mi się z trudem odcyfrować nazwę statku, ledwo zarysowane kontury liter na burcie. CEONA AMAZON – przeczytałem napis na dziobie. Za wysoką, wielopiętrową nadbudówką ciągnęła się długa, niska burta, na której, trochę bardziej czytelny, widniał wielki napis C E O N A. Dwie wyraźne informacje wywieszone były na relingu – na jednej wypisany był numer IMO - 9698094, na drugiej zaś „NB-116”, co jest chyba numerem stoczniowym. Uprzedzając fakty, kolejna tablica informowała o aktualnym porcie przeznaczenia (Bremerhaven), zaś na ściętej, prostej rufie od biedy odczytać się dało przyszły port macierzysty - Gibraltar. To jedno z miejsc, w którym podatki są niskie, a zyski duże. Poza tym statek, jeśli nawet pod banderą Gibraltaru, pozostanie przecież brytyjski, a Ceona bardzo się ze swoją brytyjskością obnosi!

Zanim jednak dotarliśmy za rufę, uwagę moją zwróciła zwieszająca się z burty drabinka, do której ostrożnie podeszliśmy, jakbyśmy chcieli podjąć z pokładu pilota.

- Przymierzamy się, bo po wyjściu na redę będziemy zabierać z „Ceony” pracowników – na moje nieme pytanie odpowiedział kapitan.

- Ach, to będzie jeszcze kolejna atrakcja! - ucieszyłem się w duchu.

Z bliska burta wydawała się być zdecydowanie wyższa i pomyślałem sobie, że dobrze się składa, że morze jest akurat bardzo spokojne. Nie wyobrażałem sobie akcji ściągania ludzi z wysokości kilku pięter na pokład skaczącego na wysokiej fali holownika!

Rufa zwracała też uwagę z kilku innych powodów. Na podwodnej jej części widoczne były trzy sterczące w dół krótkie „pletwy”, do których, jak się domyśliłem, przyczepione będą obrotowe pędniki azymutalne, będące jednocześnie napędem i sterem. Teraz jeszcze ich nie było, co oznaczało, że wielki ten kadłub (199,40 m) jest zupełnie niesterowny. Pomyśleć tylko, że całą drogę do Bremerhaven ciągnąć go będzie zaledwie jeden holownik!

Na pokładzie, na skraju prosto ściętej rufy dospawana była stalowa pochylnia, na której spoczywała olbrzymich rozmiarów kotwica. Widać, holowanie może jednak okazać się wyzwaniem!

Ostrożnie podeszliśmy pod nawis pod rufą „Ceony”, z której poszła do nas rzutka, złapana przez marynarza na dziobie. Do niej przymocował on grubą jak moje przedramię linę holowniczą, którą wciągnięto i zamocowano na „Ceonie”. Byliśmy więc oto sprzężeni – zaprzęg był gotów do drogi. Pozostawało tylko zwolnić cumy, łączące brązowego kolosa z lądem. Żeby „nie odbiegł” w sposób niekontrolowany od nabrzeża, w sukurs ruszył trzymający się do tej pory w głębi basenu „Centaur II”. Delikatnie doszedł do burty Ceony, dopychając ją z wyczuciem do brzegu. Kapitanowie obu holowników widzieli się z mostków i widać było, że rozumieją się doskonale. Akcja nie potrzebowała w zasadzie żadnych słów. Po długich minutach krzątaniny na nabrzeży zwolniono wreszcie ostatnią cumę, zabełtała się woda za rufą „Herosa”, hol się napiął, a „Centaur II” zwolnił napór na burtę „Ceony”, która drgnęła (to licentia poetica, w rzeczywistości taka masa stali wcale nie drga – ruch zaczyna się zupełnie nieodczuwalnie!) i odsunęła się powolutku od nabrzeża.

Dalej poszło juz szybko. „Bugsier 10” pociągnął „Ceonę”, a my lawirowaliśmy za jej rufą, skacząc to w lewo, to w prawo, nadając bezwładnemu cielsku kierunek, pomagając mu brać zakręty. Nie było ich bardzo dużo, po wyjściu z basenu stoczniowego droga jest już względnie prosta.

O 18:25 minęliśmy Ostrogę Pilotów. Między „Ceoną” i nami przecisnął się jeszcze cały czas nam towarzyszący „Centaur II”, aby zaraz, tuż przed osiągnięciem falochronu pożegnać się z nami.

Była dokładnie minuta po wpół do siódmej, gdy wyszliśmy z portu i skierowaliśmy się w stronę gdyńskiej redy.

Ale o tym opowiem w którymś z kolejnych „Morskich Kadrów”.

© Antoni Dubowicz 2014

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: