19sierpień2019     ISSN 2392-1684

„ORKA” w Helu

00 DSC 0628 nb

Ósmy dzień stycznia 2015, zimno, deszczowo.

Hel jest wprawdzie w planach dzisiejszego wypadu, ale po drodze wpadam dosłownie „na chwilkę” do Władysławowa i oczywiście chwilka ta przeciąga się do kilku godzin. I tak oto wyruszam z Władka dopiero krótko przed pierwszą, już pełen wrażeń, nieco zmęczony i mocno zziębnięty. Jadę więc, ale bez przekonania, czy w ogóle do Helu dotrę.

Tym bardziej, że nie mogę oprzeć się małemu zboczeniu z drogi w stronę plaży w Chałupach po otwartej stronie morza. Kuźnicę za to mijam z zimną krwią, nie zatrzymując się. W Jastarni jednak nie udaje mi się to i, zobaczywszy tablicę kierującą do portu, po prostu muszę skręcić. Jest jeszcze zimniej, niż we Władku, w całym porcie nie spotykam ani jednej żywej duszy. Kutry stoją w oblodzonym basenie i nie kiwają się ani odrobinę. W ogóle nic się nie dzieje, nie licząc stojącej przy slipie w głębi basenu „Santy Teresy”, na której trzech młodzieńców dokonuje planowej demolki, zrywając sztuczny bukszpryt i przegniły pomost na dziobie. Wygląda na to, że „święta” już nie popływa. Panowie przebąkująi coś wprawdzie o planowanej przebudowie na kawiarnię, ale, może z powodu zimna, dość nieprzekonywująco.

W rezultacie w Helu jestem dopiero o wpół do trzeciej. To jest, jak na pierwsze dni stycznia, późno. Nawet w słoneczne dni już się ściemnia, a co dopiero w taki dzień jak ten, przy tak fatalnej pogodzie! Ostry wiatr od strony Zatoki siecze deszczem, od którego nie sposób się osłonić. Również i tu jestem w porcie jedynym turystą. Lodu na wodzie nie ma, ale i tłoku też nie. Przy nabrzeżach stoją dwa, może trzy rufowce i kilka mniejszych kutrów. Poza tym – pustki. Liczyłem trochę na spotkanie z jednostkami „Kogi-Maris”, ale nie ma po nich śladu. Widać początek roku i fatalna pogoda to akurat optymalne warunki połowowe. Dochodzę jednak do samego końca, aż do główek wejściowych. Tam mam wreszcie dość. Zziębnięty do szpiku i mokry na wskroś szykuję się do powrotu, gdy przypadkiem, omiatając wzrokiem horyzont, zauważam na wodzie wysuwającą się zza cypla sylwetkę dużego kutra. Nietrudno mi go rozpoznać, taki kuter mamy tylko jeden. To „ORKA” – WŁA-139, kuter, który zwykle widuję w Gdyni, nigdy zaś we Władysławowie. To dziwi tylko na pierwszy rzut oka, ale nieco bardziej siedzący w temacie wiedzą, że we Władysławowie on by się po prostu nie zmieścił. „ORKA” ma prawie 6 metrów zanurzenia, głębokość basenów we Władysławowie wynosi zaledwie cztery! W Helu sprawa przedstawia się już inaczej, przy Nabrzeżu Remontowym głębokość w Basenie Zewnętrznym wynosi 7,0, przy Wyładunkowym 6,5 metra.

WŁA-139 to duży statek, mający nieco ponad 40 m długości (podczas, gdy inne nasze rufowce nie przekraczaję 30 metrów!), 8 m szerokości i pojemność brutto 468 GT (tu znów porównanie z bałtyckimi rufowcami – max. 200 GT). Statek należy do władysławowskiej spółki DP Pelagic Sp. z o.o. Zbudowany został w 1980 roku w Norwegii, lecz trudno dokładnie powiedzieć, w jakiej stoczni. W wykazie floty Unii Europejskiej podana jest stocznia Kystvagens Slip & Batbyggeri w miejscowosci Frei, w Polskim Rejestrze Statków zaś Haakonsens Mek. Verksted A/S w Skudeneshavn. Bezspornym faktem jest jednak, że statek miał wielu właścicieli, zanim w grudniu 2010 trafił do Polski. Nazywał się więc – w chwili zbudowania - „Sundari”, po czym od 1982 do 1984 „Notbas”, między 1984 i 1989 „Senjatral”, do 1993 „Rajoma”, od 1993 do 1997 „Rødholmen”, wreszcie pływał w Szwecji jako „Clipperton”, zarejestrowany w Donsö. Nosił tam numer burtowy GG 438. W 2004 roku został przedłużony i przebudowany, dzięki czemu wzrosła też znacznie jego pojemność z 351 do 468 GT. Wyposażony został w silnik duńskiej produkcji B&W Alpha 8V23L: VO o mocy nominalnej 855,00 kW (1.162 KM). Taki zapis figuruje też nadal w rejestrze PRS-u 2014. Z jakiegoś powodu w europejskim Fleet Register, po przejściu statku w 2010 pod polską banderę, podawana jest moc mniejsza, zredukowana do 740,00 kW. Nie mnie rozstrzygać, co jest bardziej, a co mniej prawdziwe, jest mi to w zasadzie obojętne, zauważam jedynie znaczne rozbieżności w dwóch oficjalnych wykazach.

Kryjąc się przed siekącym deszczem za falochronem, przypatruję się teraz zbliżającej się coraz bardziej „ORCE”. Łapię kilka całkiem niezłych ujęć. Zastanawia mnie, dlaczego ciągnie za nią tak mało mew, zwykle jest to wielka, rozwrzeszczana banda, czyhająca na jakieś rybne resztki. Nie mam jednak czasu na zastanawianie się nad powodami ptasiej absencji, bowiem kuter wchodzi już do portu. W basenie zewnętrznym wykonuje zwrot i dochodzi do Nabrzeża Wyładunkowego. Z bliska widać naspawane na burcie poprzednie oznakowanie kutra. Wymalowany na dziobie, biały znak WŁA-139 wykorzystuje bardzo sprytnie elementy widniejącego pod spodem znaku GG 438. W części rufowej, kilka metrów przed nazwą ORKA, WŁADYSŁAWOWO, odcyfrować daje się zamalowany niebieską farbą poprzedni napis CLIPPERTON, DONSÖ. Ten sam napis czytelny jest też na rufie.

Ale oto na i przy statku zaczyna się ruch. Załoga wychodzi na pokład i przygotowuje urządzenia przeładunkowe. Pod burtę podjeżdża mała furgonetka z dostawcą smarów okrętowych. Do wielkiej beczki z firmowym logo LOTOSu podłączona zostaje pompa, przepompowująca płyny z- lub na statek. Spod stojących na nabrzeżu pustych kadzi wychodzi kot, otrząsa się z obrzydzeniem (jemu też jest zbyt mokro), ale jednak podchodzi do statku, licząc być może na obiad. Na mostek wdrapuje się żołnierz służb granicznych. Wnioskuję z tego, że „ORKA” wróciła z niepolskich wód i odbędzie się odprawa celna.

Przez czas jakis trwam na posterunku, ale w miarę przemakania garderoby czuję się coraz mniej komfortowo. A jako że nic nie zapowiada szybkich zmian, w końcu rejteruję, kierując kroki ku najbliższej restauracji. Trochę się boję, że mnie nie wpuszczą w tym stanie, argumentując słusznie, iż z pewnością kompletnie zmoczę krzesła i dywanowe wykładziny, ale obsługa jest litościwa. Niebawem więc dostaję dzbanek gorącej herbaty i zaczynam powoli odtajać. Wraz z ciepłem przychodzi uczucie głodu, więc końcowe wrażenia z wejścia „ORKI” do Helu są wprawdzie również rybne, ale zdecydowanie bardziej w sensie kulinarnym niż połowowym.

Są dni, które pozostają w pamięci na długo. Ten był z pewnością jednym z nich!

© Antoni Dubowicz 2015

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Komentarze   

0 #1 Waldemar Kędzierski 2017-12-31 22:31
Ładny statek i jeszcze ładniejszy tekst. Aż przyjemnie się czyta.
Jeżeli chodzi o orkę i parę innych kutrów z Władysławowa to rzeczywiście są one częstymi gośćmi w Gdyni.Ostatnio widziane dzisiaj t.j. 31 GRUDNIA 2017.
POZDRAWIAM ZAŁOGI.
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: