11grudzień2019     ISSN 2392-1684

Srebrnej mewy przerwany lot

00 2013 04 02 DSC 1038 nb

„Srebrna mewa” urodziła się w 1951 roku w Eckernförde w działającej tam wówczas stoczni Siegfried-Werft. „Silbermöwe” - tak właśnie nazwano ten drewniany, piękny w kształcie kuter rybacki. Miał nieco ponad 18 metrów długości i pojemność 41 ton rejestrowych brutto (BRT), czyli 4.100 stóp sześciennych czy też, jak kto woli, 116,03 m³. (Dziś pojemność statków mierzy się inaczej i podaje w jednostkach bezwymiarowych, ale do 1994 roku obowiązywały właśnie takie jednostki miary).

Trudno prześledzić lot mewy, tym bardziej z tak dalekiej perspektywy. Jeśli nawet ktoś coś o niej wiedział, już dawno wszelki ślad po tym zaginął. Do dziś zachowały się tylko strzępki informacji, jak na przykład, że niedługo po urodzeniu „Silbermöwe” udała się w długą podróż do Brazylii. W 10 dniu lipca 1952 grupa trzech kutrów wyruszyła z Cuxhaven w kierunku Ameryki Południowej, przy czym „Silbermöwe” popłynęła do Santos, by tam wprowadzać helgolandzkie metody połowu skorupiaków wśród brazylijskich rybaków, a pozostałe dwa kutry, „Elbe” (63 BRT) i „Niedersachsen” (103 BRT) skierowały się do Valparaiso w Chile.

Nie wiadomo, jak długo kutry tam przebywały. Następna wyłapana informacja pochodzi z końca lat 50tych. Jest to opowieść niejakiego Franza Mahrta, z zawodu cieśli, który w 1957 roku wziął w dzierżawę kuter „Windebyer Noor”, by wraz z synami łowić ryby. Franz wspomina, że rybackiego fachu wyuczył się właśnie na kutrze „Silbermöwe”, dowodzonym wówczas przez Heine Neumanna.

Przez następne 10 lat jeden dzień podobny był do poprzedniego, a czas wypełniała zwyczajna, rybacka praca. Aż do 1 stycznia 1978, kiedy zupełnie niespodziewanie Bałtyk został dla zachodnioniemieckich kutrów zamknięty. Stało się to w wyniku nie konsultowanego wcześniej z innymi krajami porozumienia między Polską, Szwecją i NRD, które podzieliły między siebie wody Morza Bałtyckiego, przyznając sobie prawo do wyłączności połowów w obrębie swojej strefy. Do tych trzech krajów dołączył nieco później Związek Radziecki (opóźnienie wynikło tylko z powodu niesprawności aparatu biurokratycznego). Nierozstrzygnięta pozostała tylko granica wodna z Danią wokół wyspy Bornholm. Pertraktacje w tej sprawie między Polską i Danią trwają zresztą do dziś i nadal nie ma widoków na rychłe porozumienie. Na początku lutego 1978 sytuacja była jednak dla wszystkich nowa, więc prasa niemiecka donosiła szeroko i głośno o aresztowaniu „Silbermöwe”, którą ciężki sztorm zagnał na wody NRD, a jej załoga wylądowała przed sądem z zarzutami o szpiegostwo.

Problem był to wprawdzie niełatwy, ale jakoś go w niemiecko-niemieckich rozmowach rozwiązano. Gorzej mogłoby być w przypadku naruszenia granicy z Polską. U nas groziła za to kara dwóch lat pozbawienia wolności oraz „mandat” w wysokości 120.000 DM, a w zależności od uznania sądu nawet i konfiskata kutra (owszem, również i takie przypadki nasza historia odnotowała). Gdyby ktoś więc powiedział wówczas „Silbermöwe”, że trafi kiedyś do naszego kraju, z pewnością wydałaby okrzyk przerażenia! Nie wiedziała, że rzeczywistość okaże się gorsza od najczarniejszych snów, ale nie wyprzedzajmy wypadków, na wszystko przyjdzie czas.

Kolejna więc opowieść to rok 1988. W poniedziałek, 3 października zarejestrowana w Laboe „Silbermöwe”, w tym czasie dowodzona i należąca do Waltera Sch., spotkała się w duńskim Ronne na Bornholmie z innym niemieckim kutrem, „Falke III”. Po przeprowadzonych następnego dnia na „Falke” naprawach windy sieciowej i innych drobiazgów oba kutry wyszły 5 października na leżące między Bornholmem i Rugią łowisko Adlergrund.  Łowiły tam przez dwa dni, utrzymując ze sobą kontakt przez ukf-kę. Podczas jednej z rozmów szyper „Falke” poinformowal kolegę, że ktoś ze Spółdzielni Rybackiej w Maasholm dał mu cynka, że dobre wyniki osiągane są na łowisku Millionengrund. Tam właśnie zamierzał się udać. Nie było to wówczas proste, bowiem łowisko to leżało na wodach należących do NRD. Jakimś cudem udało mu się jednak dostać od Radia Rügen zezwolenie na wejście i połów w wyznaczonym obszarze. Następnego dnia około 15.00 „Falke III” odbył rozmowę z kutrem „Strande“ z Laboe, z której wynikało, że po bardzo dobrych zaciągach znajduje się 5 Mm na wschód od Arkony i z ładunkiem 70 skrzyń dorsza (ok. 1.750 kg) idzie kursem powrotnym do domu. Nigdy tam jednak nie dotarł. Trzy dni później, w sobotę, 9 października 1988, na brzeg wyspy Lolland morze wyrzuciło należącą do „Falke III“, nieuszkodzoną tratwę ratunkową. Rozpoczęta w niedzielę szeroko zakrojona akcja poszukiwawcza nie przyniosła rezultatów. 16 października znaleziono na brzegu jeszcze kilka innych przedmiotów z kutra. Dopiero 23 października statek poszukiwawczy „Wega” odkrył leżący na dnie na głębokości 24 metrów w odległości 7 Mm na południe od Langelland wrak „Falke III”. Nurkowie zdołali wyciągnąć z niego ciało jednego z członków zalogi. Drugiego nie odnaleziono nigdy, pomimo wielu ponawianych prób. Wrak jednak dokładnie zbadano. Stwierdzono, że w momencie wypadku kuter znajdował się w idealnym wręcz stanie. W rezultacie winę przypisano nieujarzmionym siłom natury i niezbadanym kaprysom morza.

Ale powróćmy do „Silbermöwe”. Do sierpnia 1991 roku kuter nosił znak burtowy LAB 21 i zadomowiony był w Laboe, po czym (prawdopodobnie z powodu zmiany właściciela) przeszedł do Burgstaaken. Na jego burcie widniał od tej pory znak SB 6.

Następne lata znów zatarły się w pamięci. Przeskakujemy więc od razu do roku 2011, w którym to „Silbermöwe” jest jednym z 52 kutrów, skupionych i dzialających w organizacji producentów rybnych „Erzeugergemeinschaft der Nord- und Ostseefischer GmbH” z siedzibą w Cuxhaven. W 2012 sprzedano go jednak firmie EO-Nordsee, o której nie wiadomo mi zupełnie nic.

We Władysławowie „Silbermöwe” zobaczyłem po raz pierwszy w grudniu 2012. Stała w stoczniowym basenie wyposażeniowym. Prawdę mówiąc, nie zwróciłem na nią wtedy w ogóle uwagi. W stoczni stale stoi kilka różnych jednostek , na których ktoś coś dłubie. Interesować zacząłem się nią dopiero, gdy z biegiem czasu zorientowałem się, że stoi tam stale i - no właśnie- nikt przy niej nie dłubie! Tak było przez cały rok 2013, tak było przez cały rok 2014. Co przyjeżdżałem do Władysławowa, „Silbermöwe” gdzieś tam była – a to przy falochronie, a to przy nabrzeżu rybackim, a to tu, a to tam, ale wciąż obecna. Z biegiem lat zaczęła jednak ubożeć. Znikały z niej drobne elementy wyposażenia, koła ratunkowe, tratwy, uzbrojenie. Drewniany kadłub stawał się jakby coraz bardziej omszały, a napis burtowy coraz mniej czytelny. Tylko na przyczepionej na rufie czarnej tabliczce z ozdobnymi napisami „Silbermöwe” i „Burgstaaken” (tylko jednej, na lewym nadburciu) czas jakby nie pozostawiał żadnych śladów.

Dopiero latem 2014 coś na niej w końcu drgnęło, coś się w srebrnej mewie zmieniło. Nie wiedziałem zrazu, co. Dopiero po wnikliwszej analizie zauważyłem, że zdjęto z niej tabliczkę z niemiecką nazwą, w zamian pisząc ją na rufie po angielsku - „SILVER GULL”. Nazwę tę wymalowano także na frontowej ścianie nadbudówki. Na dziobie lewą burtę nadal zdobił wprawdzie znak SB 6, choć coraz bledszy, ale na prawej pojawił się już nowy - POL 14314. To sugerowałoby rejestrację jachtową, nie znalazłem jednak nigdzie informacji kto, gdzie i w jakim charakterze statek zameldował. Ale najwyraźniej ktoś miał w związku z nim jakieś plany!

Jeśli jednak nawet tak było, to planów tych nie zrealizował. Czas bowiem upływał, a „Silver Gull” nadal czekał nie wiadomo na co. Zarówno w styczniu jak i w kwietniu tego roku znajdował się w bezruchu. Nic się nie działo. Aż do 4 lipca. Tego dnia, dość póżno, w drodze powrotnej z Helu, wpadłem na chwilę do Władysławowa. I tam znów ją zobaczyłem. Trafiła wreszcie do stoczni, ale niestety nie na remont. Kiedy do niej podszedłem, była już martwa, wypatroszona z silnika, z odciętą nadbudówką. Rozbebeszone, otwarte zwłoki kadłuba, bez pokładu, z odkrytymi żebrami, stanowiły makabryczny, nad wyraz ponury i smętny widok. Takie było nasze ostatnie spotkanie.

Usiłowałem dowiedzieć się, co się takiego stało, że ten piękny ptak tak tragicznie skończył swój lot.

Niestety, nie znalazła się ani jedna osoba, która byłaby skłonna lub zdolna udzielić mi jakiejkolwiek informacji. Wykręcił się z odpowiedzi zarząd „Szkunera”, pracownicy stoczni stali sie głusi i niemi. Jeden z nich nawet na mnie telefonicznie nakrzyczał. Dowiedziałem się tylko ze zdumieniem, że „Szkuner” w ogóle nie ma z tym nic wspólnego. To jak to jest, stocznia nie ma zielonego pojęcia, co się w niej dzieje? O ile pamiętam, jednym z jej ostatnich inwestycyjnych posunięć było postawienie nowego płotu, nowej bramy i nowej furtki z elektronicznym kodem, otwierającej się wyłącznie dla posiadaczy specjalnych kart. O całodobowo działających ochroniarzach i kamerach nawet nie wspominając. A tu nagle jacyś zupełnie nikomu nieznani ludzie tną jakiś zupełnie nikomu nieznany kuter?

Hmm, stocznię znam od lat, ale jakby z całkiem innej strony. Widać, idą zmiany!

Nie mogąc jednak zasięgnąć języka wśród przedstawicieli mego gatunku, zacząłem wsłuchiwać się w głosy ptaków. Podobno „srebrną mewę” nabył ktoś z Gdańska z zamiarem przebudowy na „dorszowy” kuter, wożący wędkarzy na „turystyczne” połowy - wyćwierkały mi - Najwyraźniej jednak nie udźwignął tego przedsięwzięcia. W rezultacie nie był nawet w stanie uiścić opłat portowych i jednostkę „zezłomował”, jeśli można użyć tego słowa w odniesieniu do drewnianego kutra.

I tak zakończył się srebrnej mewy przerwany lot.

Ot, historia bez happy endu.

SILBERMÖWE (02 kwietnia 2013)

SILBERMÖWE (19 sierpnia 2013, 22 kwietnia 2014), SILVER GULL ( 21 sierpnia 2014, 08 stycznia 2015)

SILVER GULL (08 kwietnia 2015)

SILVER GULL (04 lipca 2015)

© Antoni Dubowicz 2015

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: