30październik2020     ISSN 2392-1684

Deszcz

00 DSC 0065a

Gdynia, 25 grudnia 2014. Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, deszcz.

Deszcz na Francuskim, deszcz na Belgijskim, deszcz na Holenderskim, deszcz w Basenie Węglowym, wszędzie deszcz. Caly port moknie. Moknę i ja.

Przy Francuskim moknie samotna „Stena Baltica”, przycumowana „na sztywno” do kei. Z komina unosi się strużka dymu. Kto wie, może to kucharz przyrządza świąteczny posiłek? Poza „Steną” prawie nie ma statków w porcie. I tak nikt by ich nie obsłużył, święta to jedyne dni w roku, w których portowcy mają wolne, choć wcale nie dotyczy to wszystkich. Część z nich pracowała do godziny czternastej, sam widziałem, jak wychodzili z portu.

Teraz jednak wszystko już ucichło. Dym ze „Steny” nie ma zapachu świąt. Nie ma w ogóle zapachu. Wilgoć neutralizuje wszystkie zapachy. Jedyne, co unosi się w powietrzu, to siekący mniej lub bardziej deszcz, co rusz przechodzący w ulewę. Staram się jakoś przed nim chronić, ale to nie jest łatwe. Wszędzie kałuże, mniejsze i większe. Odbijają się w nich nieliczne światła. Na Holenderskim trzeba szczególnie uważać, tam jest wręcz niebezpiecznie. Pod nogami czarne, węglowe błoto. Każde nieprzemyślane stąpnięcie może oznaczać zapadnięcie się w grząskiej brei. O poślizgnięciu się wolę nawet nie myśleć. Na rozległejej połaci, wolnej od rozjeżdżonej przez koła ciężarówek czarnej mazi, tafla stojącej wody jest ogromna. To już nie kałuża, ale wręcz jezioro. Ba, morze całe! Nie bardzo wiadomo, gdzie kończy się nabrzeże, a gdzie zaczyna portowy basen. Tylko wystające nad powierzchnię wody żółte polery i nieliczne barierki wyznaczają granicę między terenem względnie bezpiecznym a czychającą groźbą grudniowej kąpieli. Wolałbym jej jednak nie próbować. Szansa na to, by mnie ktoś wyłowił, byłaby raczej mała. Fotografując, trzymam sie więc z daleka od brzegu. Kadry nie muszą być przecież aż tak spektakularne!

I tak zresztą kończę już tę portową łazęgę. Niebawem zrobi się ciemno, w domu czeka na mnie zastawiony stół. Będzie rodzinnie. Myślę o tych, którzy nie mogą dzisiaj pójść do domu, muszą trwać na swych miejscach pracy. O tych na statkach, w Kapitanacie, dyżurnych pilotach, załogach holowników, dyżurnych portowcach, stoczniowcach, strażakach, ochroniarzach. Siedzą oni teraz w mniej lub bardziej ciepłych pomieszczeniach, niektórzy z nich obserwują mnie pewnie na ekranach, cały port jest bowiem monitorowany. Ciekawe, co myślą sobie o facecie, który z własnej woli , w deszczu i na mrozie włóczy się w święto po pustym porcie, krocząc ostrożnie jak bocian przez pokryte czarnym błotem nabrzeża i robiąc zdjęcia statków, których wcale tam nie ma?

Chociaż nie, odwołuję to. Chyba jednak nie chcę tego wiedzieć!    

© Antoni Dubowicz

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: