30październik2020     ISSN 2392-1684

O włos od katastrofy – nieudana próba wejścia do Gdyni kontenerowca „MSC Joy”

00 DSC0794 nb

We wtorek, 27 grudnia 2016, w Gdyni potężnie wiało. Mimo wszystko, spragniony portowych klimatów, wyruszyłem zaraz po świętach pod Kapitanat, by popatrzeć na wchodzące statki. Na stronie gdyńskich pilotów znalazłem bieżącą informację, że około 14:00 wejść miał kontenerowiec „MSC Joy”. Godzina druga po południu to pod koniec grudnia już raczej późna pora na fotografowanie, dni są bowiem bardzo krótkie i o trzeciej zapada noc. Postanowiłem jednak spróbować, wpaść  do portu dosłownie na chwilkę, złapać statek i wrócić do domu. Na Nabrzeżu Pilotów było zimno, portowe wody były mocno rozfalowane, co rusz padał deszcz i wiało naprawdę niemiłosiernie. Porywy wiatru usiłowały wyrwać mi wręcz z rąk aparat. Utrzymać go w miarę spokojnie było niemożliwe, trudno więc było liczyć na udane kadry. Uparłem się jednak, nawet nie wiem dlaczego, by akurat ten statek sfotografować. Nie chciałem go przegapić.

Jak na złość, „MSC Joy” spóźniał się. Nie mogłem go nigdzie na horyzoncie dostrzec. Co jakiś czas opuszczałem więc bezludne tego dnia miejsce na końcu nabrzeża, gdzie bezskutecznie próbowałem chować sie za czerwonym słupkiem świateł namiarowych i uciekałem się ogrzać do zaparkowanego przed Dworcem Morskim auta. Parę minut przed trzecią wreszcie zaczęło się coś dziać, z głębi portu wyruszyły na spotkanie statku holowniki. Umknął mi przy tym zupełnie „Fairplay-26”, który musiał chyba czekać na niego na redzie i tam też podczepił się do jego rufy. Złapałem jednak w ostatnim momencie „Centaura-II” , wychodzacego właśnie za falochron zewnętrzny. Tuż przy główkach wejściowych minął sie z wracającym skądś maleńkim „Stralsundem” i skierował się w stronę już dobrze widocznego na torze podejściowym statku. „MSC Joy” to dość duże, prawie dwustumetrowe pudło, w myśl więc obowiązujących przepisów portowych musi wziąć do pomocy aż trzy holowniki. Z reguły dwa z nich pracują bezpośrednio przy statku – jeden od strony rufy, drugi od dziobu – trzeci zaś pozostaje w pobliżu „na wszelki wypadek” i włącza się w akcję tylko w razie potrzeby, pomagając na przykład dopchnąć statek do nabrzeża lub wspierając przy manewrach w ciasnym kanale portowym. O, właśnie dostrzegłem tego „trzeciego” – to idący w moją stronę holownik „Fairplay-VII”. Podszedł bardzo blisko do Nabrzeża Pilotów, po czym zastopował i wycofał się w stronę portu Marynarki Wojennej, stamtąd obserwując idący torem wodnym do Gdyni statek.

Kilka minut później „MSC Joy” pokazał mi się już w świetle główek wejściowych. Złożyłem się do zdjęcia. W tej samej chwili nadzwyczaj silny podmuch wiatru prawie że zwalił mnie z nóg. Przywarłem całym ciałem do słupka latarni, próbując oprzeć się żywiołowi i choć przez krotką chwilkę, potrzebną do naciśnięcia spustu, utrzymać aparat w bezruchu, gdy ze zdziwieniem i przerażeniem zobaczyłem, że ten sam podmuch  spowodował, że statek zaczął schodzić z kursu. Dziób kontenerowca zaczął odchylać się w lewo, kierując się w stronę będacego tuż tuż betonowego falochronu! Była dokładnie 14:45. „Centaur-II” nawet nie zdążył jeszcze dojść pod dziób „MSC Joy”, przy nim był więc tylko „Fairplay-26”, próbujący teraz całą siłą maszyn powstrzymac prący do przodu statek i zawrócić go na właściwy kurs. Przez krótki moment wydawało się, że przy współpracy statku to się uda. Z komina kontenerowca poszedł czarny dym i „MSC Joy” zaczął powolutku, z trudem powracać na kurs. Ale trwało to tylko chwilę, bo już znów zaczął odpadać w lewo, znoszony wiatrem coraz dalej od toru wodnego. Jeszcze chwila, a zginie mi z oczu za falochronem, zasłonięty przez cumujący przy terminalu paliwowym po wewnętrznej stronie zbiornikowiec „Seabass”. Szczęśliwie jednak dla niego, „MSC Joy” znajdować się musiał nieco dalej, niż przypuszczałem, więc miał dość miejsca, by nie wpakować się na falochron. A tymczasem pod uciekajacy dziób dotarł wreszcie „Centaur-II” i przyjął z pokładu hol. Dwa holowniki mozoliły się teraz, usiłując odciągnąć statek ze strefy zagrożenia. Rufę ustawionego pod wiatr kontenerowca ciągnął z całej mocy „Fairplay-26”, dziób zaś trzymal w ryzach „Centaur” pilnując, by statek nie uciekł z linii wiatru i nie obrócił się do niego burtą.

Stojący do tej pory w pogotowiu „Fairplay-VII” także ruszył z kopyta i pognał całą parą w morze, by wspomóc ciężko pracujących kolegów. O 15:02 wyszedł za falochron. Wietrzysko tymczasem jeszcze się wzmogło i tak parło na wyposażony w długą tubę teleobiektywu aparat, że praktycznie nie mogłem już w ogóle robić zdjęć, aparat tańczył w porywach wichury jak oszalały. Po fakcie, już w domowym zaciszu, odkryłem, że wyłączyl się przy okazji stabilizator, w związku z czym prawie wszystkie kadry są nieostre, poruszone – i nie nadają się do niczego.

Trzy holowniki tymczasem odholowywały statek coraz głębiej w morze, w stronę kotwicowiska. Ostatni kadr zrobiłem o 15:20. Było już w zasadzie zbyt ciemno na dalsze zdjęcia, a poza tym zupełnie nie wyglądało na to, że „MSC Joy” podejmie w najbliższym czasie ponowną próbę wejścia do portu. Przypuszczenia te potwierdził rzut oka na ekran smartfonu. Statek zniknął bowiem z listy anonsowanych jednostek, w planach ani na ten, ani na następny dzień już go nie było. Najwyraźniej stało się z nim coś niedobrego, coś, co pokrzyżowało mu szyki. Telefon do kapitanatu (że też tak późno na to wpadłem!) potwierdził te przypuszczenia, „MSC Joy” zgłosił bowiem poważne uszkodzenie steru. I właśnie to, a nie nadzwyczaj silne uderzenie wiatru, było przyczyną tego prawie że nieszczęścia. Pomyśleć tylko, maleńka chwila później - i wpakowałby się niehybnie na falochron!

Jechałem do domu kompletnie zziębnięty i przewiany wiatrem, nie mogłem jednak myśleć o sobie. Na morzu pozostał bowiem uszkodzony statek. Załoga miała przed sobą ciężką i z pewnością bardzo pracowitą noc. Przy nim pozostawały tez nadal trzy holowniki – trzy kolejne załogi, nie mogące wrócić do spokojnej przystani. A na mostku „MSC Joy” tracił zdrowie i nerwy jeden z gdyńskich pilotów, który z pewnościa nie przypusczczal, że rutynowe wprowadzenie statku przerodzi się w mrożącą krew w żyłach akcję ratowniczą. Katastrofa była przecież tak blisko!

© Antoni Dubowicz 2017

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: