20kwiecień2019     ISSN 2392-1684

Zakład Nowych Budów – gdyńska „Nauta” w Gdańsku

00 DSC0441 nb

Ostatnim statkiem, który zszedł z pochylni Stoczni Gdańskiej był gazowiec „Syn Antares”, zamówiony w 2008 roku przez włoskiego klienta Cantiere Navale di Pesaro. Budowa jego trwała nadspodziewanie długo. Zgodnie z umową statek miał być gotowy w 2009 roku. Miał, ale nie mógł, bowiem włoski klient nie przetrwał światowego kryzysu i zbankrutował. Na wpół wykończony „Syn Antares” pozostał więc na pochylni B-3 i stał tam przez prawie cztery lata, aż znalazł się nowy nabywca. Był nim Synergas, inna włoska firma. We wrześniu 2012 roku gdańska stocznia podpisała z nią kontrakt na dokończenie budowy statku. Zwodowano go ostatecznie w kwietniu 2014.

Zaraz potem pochylnia B-3, ostatnia jeszcze czynna, została zamknięta (pozostałe zamknięto już wcześniej). Po znanych chyba wszystkim problemach z niemożnością spłacenia nielegalnych dotacji państwowych – zadłużona po uszy i niewypłacalna stocznia na mocy decyzji Komisji Europejskiej musiała zakończyć działalność produkcyjną, w każdym razie w dziedzinie budowy okrętów. Wydawało  się, że to koniec, że z tych pochylni nigdy już nie zejdzie żaden statek.

Tak się jednak nie stało! Przerwa produkcyjna trwała zaledwie kilka miesięcy. Jeszcze w grudniu 2013 roku pochylnie B-1 (280 m x 36 m) oraz B-3 (177 m x 28,7) przejęła Gdyńska Stocznia Remontowa „Nauta” – lokując właśnie tutaj swój „Zakład Nowych Budów”. Od tego czasu powstają w Gdańsku statki rybackie dla odbiorców z Danii, Norwegii i Szkocji. Najnowszy kontrakt na budowę kolejnych pięciu częściowo wyposażonych statków do połowu ryb „Nauta” podpisała w listopadzie 2016.

Według stoczniowej informacji „...Wszystkie jednostki zamówił duński klient – Karstensens Skibsvaerft AS. Statki powstaną w Zakładzie Nowych Budów w Gdańsku, będą to trzy trawlery i dwa trawlery pelagiczne. Najmniejsza jednostka będzie miała prawie 50 m, natomiast największy statek będzie mierzył 82 m długości. Łączna waga kadłubów wszystkich pięciu jednostek wyniesie 5 428 ton. Dwie z pośród zamówionych jednostek zostaną dostarczone zamawiającemu w 2017 r, a kolejne w I i II kwartale 2018 r...”

Drugiego stycznia, będąc w Gdańsku, postanowiłem spojrzeć, jak wygladają postępy prac. Obie pochylnie najlepiej zobaczyć można z kładki nad torami przy przystanku kolejki elektrycznej „Gdańsk Stocznia”. Kiedyś po kładce tej ciągnęły każdego dnia tysiące, dziesiątki tysięcy stoczniowców, zmierzających do roboty lub wracających po pracy do domu. Dziś przejście przez nią jest dość ryzykowne. Nie trzeba być znawcą, by dostrzec, że od wielu, bardzo wielu lat nie remontowana kładka każdej chwili grozi zawaleniem. Widać to na pierwszy rzut oka.

Nikt więc już nią nie chodzi. Zresztą, nawet nie dlatego, że to niebezpieczne, ale po prostu nie ma po co! Nie ma po co i nie ma komu dojeżdzać do przystanku „Gdańsk Stocznia” Nikt tu nie mieszka i prawie nikt nie pracuje. Kiedyś zbiegały się tutaj dwie linie kolejki, tej z Gdyni i jej przedłużenia do Wejherowa (i okolic) oraz tej z Nowego Portu. Linii do Nowego Portu nie ma już od dawien dawna, a ci nieliczni, którzy muszą tu w ogóle skądś dotrzeć, przyjeżdżają własnym samochodem. Parkują na niezagospodarowanym placu, pozostałym po wyburzeniu znacznej części budynków stoczniowych.

Tego dnia plac ten był jednym wielkim błockiem. Padało już od kilku dni i teren przypominał grzęzawisko  z rozlaną na nim wielką jak morze kałużą. Cudem jakimś udało mi się zaparkować w miejscu, w którym ktoś przede mną ustawił w wodzie kilka kamieni, po których, skacząc jak żuraw, udało mi się jako tako dotrzeć do dziurawej, lecz wyasfaltowanej jezdni.

I tylko dzięki temu zrobiłem te fotografie!

© Antoni Dubowicz 2017

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: