16grudzień2018     ISSN 2392-1684

Wymiana światła na pławie KONT 1

00 DSC0477a

„Tucana” szła kursem na południowy wschód. Pod wiatr i pod niewielką, lecz ostrą falę, która rozbryzgiwała się o dziób i spadała na tylny pokład, zamarzając natychmiast, powlekając go śliską warstwą lodu. W pewnym momencie utworzyła się szczelina w gęstej czapie chmur i niebo rozświetliło się nad Gdańskiem. Światło? To dobry znak, właśnie w sprawie światła udawaliśmy się do Portu Północnego. Jedna z pław w basenie kontenerowym zaczęła bowiem gasnąć. Słońca nie było już od miesięcy, umieszczona na pławie niewielka grupa paneli słonecznych nie wystarczała więc, by doładować na bieżąco baterie. Konieczna stała się ich wymiana.

W Gdyni do załogi dołączyło dwóch elektryków z Grupy Oznakowania Nawigacyjnego z nowym blokiem akumulatorów i „Tucana” pod dowództwem szypra, pani Grażyny Sadłoń, ruszyła do Gdańska. Po niecałej godzinie minęliśmy wysunięty daleko w morze zewnętrzny falochron Portu Północnego i weszliśmy do basenu terminalu kontenerowego. Zaraz tez dostrzegliśmy „naszą” żółtą pławę z oznaczeniem KONT 1. Pani Grażyna precyzyjnie prowadziła statek pod pławę, maszyn doglądał mechanik, pan Leszek Sieradzki, na pokładzie uwijał się pan Wojtek Zuchora, jeden z dwóch marynarzy na „Tucanie”, zdejmując lewoburtowe relingi, walcząc jednocześnie z lodem na drewnianym pokładzie.

Złapanie pławy to najmniejszy kłopot, wystarczy zahaczyć ją bosakiem i przyciągnąć do burty. Ale boja jest wysoka, a światełko na samym szczycie! Przechylić zakotwiczoną pławę i przywiązać ją do burty tak, by elektrycy mogli dojść do baterii to już wyższa szkoła jazdy! Być może dla załogi to codzienna rutyna, dla nieobytego obserwatora jednak wyczyn wręcz  niebywały, wymagający niesłychanej odwagi, małpiej zręczności, sporej dozy szczęścia i absolutnego zgrania całego zespołu. Powiem od razu, ekipa „Tucany” jest pod tym względem na medal!  

 Zresztą, co tu dużo gadać – zobaczcie sami:

Samej wymiany akumulatorów dokonano już w kabinie, dokąd wzięto zdjęty z boi moduł świetlny. Obserwowałem pracę elektryków, panów Bogdana Opali i Grzegorza Synaka, śledząc uważnie każdy ich ruch. Przyjemnie jest podpatrywać prawdziwych fachowców przy pracy! Po chwili wszystko było gotowe, akumulatory wymienione, światło znów w pełni sprawne. Jeszcze tylko ostatnia kontrola i już. Można montować!

Przykręcenie światła do pławy wydało mi się już zdecydowanie bardziej „zwyczajne”, niż uprzedni demontaż. Aura spektakularności jakby trochę przybladła. Może dlatego, że już wiedziałem, co zobaczę. Nie umniejsza to jednak w żadnym stopniu dziecięcej wręcz fascynacji, jaką przeżywam zawsze nad morzem, na morzu, na pokładzie jakiegokolwiek stateczku, na którym uda mi się znaleźć. Na morzu nigdy nic się nie powtarza, każdy raz, każdy dzień, każda chwila jest inna i niepowtarzalna. A ludzie morza są wspaniali!

Do Gdyni wróciliśmy o 13:20, po niespełna trzech godzinach od chwili wyjazdu. „Tucana” wysadziła mnie na Nabrzeżu Pomorskim, a sama udała się do dalszej pracy. Przyznaję, że niechętnie opuszczałem jej pokład, jej gościnną załogę. Wystarczyło tych kilka godzin, bym poczuł się jednym z nich. Mówi się, że podróże kształcą. To prawda, ale też wiążą ludzi ze sobą. Jak mnie z załogą „Tucany”!

© Antoni Dubowicz 2018

PS: Wyprawa na „Tucanie” odbyła się w niedzielę, czternastego stycznia 2018. Ważne wydarzenia w życiu należy odnotowywać.

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: