19październik2018     ISSN 2392-1684

Cumownicy z „Fairplaya”

00 DSC0247a

Automatyzacja wkracza na statki szerokim frontem. Jej uboczny skutek to redukcja załóg. Pracę, przy której mozoliło się kiedyś kilkunastu, często nawet kilkudziesięciu marynarzy pokładowych, dziś wykonują maszyny. Ekstremalnym przykładem mogą tu być luksusowe żaglowe wycieczkowce, na których żagle stawia się i opuszcza za pomocą guzika i elektrycznej wyciągarki, sterowanej zdalnie przez jednego, dwóch marynarzy.

Ludzie stają się więc coraz bardziej niepotrzebni, w planach i w budowie są już nawet statki bezzałogowe. Nawet taka czynność jak obkładanie lin na polerach, cumowanie, do czego, wydawałoby się, ludzie są absolutnie niezbędni, rewolucjonizuje się. Pojawiają się nowe metody, nowe wynalazki. Już dzisiaj w niektórych, chwilowo jeszcze nielicznych portach skandynawskich pracują specjalne „przyssawki”, trzymające statek przy kei bez potrzeby użycia cum, szpringów czy brestów.

Zaraz – cumy, szpringi, bresty? Co to jest, z czym to się je, zapytacie słusznie. Dla niewtajemniczonych więc informacja – są to na oko identycznie wyglądające liny, trzymające statek przy nabrzeżu, wyprowadzone z jego dziobu i rufy. Różnica w nazwie lin wiąże się jedynie ze sposobem ich użycia. I tak cumy biegną skośnie od dziobu jednostki w przód i od rufy w tył, szpringi zaś odwrotnie, kontrując cumy. Bresty zaś prowadzone są prostopadle do nabrzeża. W zależności od wielkości statku „sznurki” te potrafią być potężnymi splotami o grubości przekraczającej nawet napięty biceps „prawdziwego” mężczyzny!

Na nowoczesnych wycieczkowcach opuszcza się je i wyciąga również za pomocą wind. Marynarze na pokładzie nie muszą więc się z nimi zmagać.

Ktoś jednak musi te liny z wody wyłowić, wyciągnąć i obłożyć na wielkich portowych polerach – betonowych lub stalowych żółtych „grzybkach”, mocno osadzonych na nabrzeżu. Ile taka nasiąknięta wodą lina musi ważyć, pozostawiam Waszej wyobraźni! Odpowiednio ciężka jest też więc praca cumowników.

Kiedyś cumownicy byli zatrudnieni przez zarządy portów, podobnie zresztą jak i wszystkie inne służby portowe. Dziś jest inaczej. W Gdyni na przykład są to pracownicy firmy „Fairplay Towage Polska Ska z o.o”. Jest ich dwudziestu czterech, po sześciu na każdej zmianie. Port jako taki nie zatrudnia własnych cumowników (choć niektóre terminale, jak np. kontenerowy – już tak).

Tego dnia jednak wszyscy etatowi cumownicy byli zajęci – w ich role wskoczyli więc panowie Roman Szutenberg i Sławomir Damrath, na codzień członkowie załóg na holownikach. Pod odchodzący statek podwiózł ich niewielki „Stralsund”, wykorzystywany głównie do przewozu pracowników po porcie.

Ja zjawiłem się na nabrzeżu w zasadzie trochę z obowiązku, by ustrzelić wychodzący z Gdyni wycieczkowiec „Mein Schiff 6”, najmłodszy, najnowszy, najnowocześniejszy statek niemieckiego przewoźnika TUI. Zbudowany w fińskiej stoczni Meyer w Turku niespełna 300 metrowy gigant ochrzczony został w Hamburgu zaledwie kilka tygodni wcześniej, 1 czerwca 2017, po czym wyruszył w rejsy po Morzu Bałtyckim. Już w pierwszej, dziewiczej podróży zawitał do Gdyni, do której przybył 20 czerwca rano. Wejście, przyznaję, przegapiłem, więc nie wypadało zrobić mu kilku zdjęć na pożegnanie. Z przykrością stwierdzam jednak, że „Mein Schiff 6” w ogóle mi się nie spodobał. Jeszcze jedna przerośnięta do absurdalnych rozmiarów pływająca chałupa. Jedynym elementem, wyróżniającym ją z tłumu innych jest ciemnoniebieski kadłub z namalowanymi na nim niemieckimi słowami, mającymi kojarzyć się z urokami podróży morskiej i wakacyjnym lenistwem (Wohlfüllen, Erlebnisse, Inspiration, Staunen, Freude, Leinen los!). Widomy znak, że celem armatora jest wyłącznie niemiecka publiczność. Obowiązujący na statku język to zresztą także niemiecki. Tylko flaga na rufie nie czarno-czerwono-żółta, lecz „tania” – maltańska. A co za tym idzie-  obowiązujące maltańskie reguły prawne, zezwalające na pracę po 14 godzin dziennie, płace na poziomie nie zbliżającym się nawet do europejskich norm, obowiązkowe nadgodziny i wymuszoną rezygnację z urlopu. Dla załogi raczej nieciekawa perspektywa.

Stałem więc na nabrzeżu i zastanawiałem się, jak najlepiej pokazać to wyjście wycieczkowca, gdy zauważyłem „Stralsunda” i zmierzających do polerów cumowników. Najpóźniej w chwili, w której poszły komendy do odcumowania, wszystko stało się jasne. Mój temat to praca cumowników!

Obserwowałem ich z zapartym tchem, wczuwając się tak bardzo w ich w trud i wysiłek, ze napinałem się równie mocno, a może nawet mocniej niż oni sami. Co, przyznaję, bardziej mi w fotografowaniu przeszkadzało niż pomagało. Wszystko jednak udało się znakomicie i ani się nie obejrzałem, gdy ostatnia cuma została zwolniona. Elektryczne windy wciągnęły ją na pokład i statek odsunął się od nabrzeża. Jak zwykle, zupełnie niespektakularnie, bez pomocy holowników, bez gwizdów, buczków, nerwowych komend i krzątaniny marynarzy na pokładzie. Po chwili zbliżał się już do główek wyjściowych. Zrobiłem mu pożegnalne zdjęcie.

W tym samym czasie cumownicy wsiedli z powrotem na „Stralsunda” i odpłynęli w drugim kierunku, w głąb portu. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, oczy wszystkich wpatrzone były w odchodzący wycieczkowiec. Również „Stralsundowi” zrobiłem zdjęcie na pożegnanie.

I wiecie co? Uważam, że jest dużo ciekawsze!

© Antoni Dubowicz  

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: