19październik2018     ISSN 2392-1684

Z Gdyni do Helu na „Humbaku”

00 cDSC0958a

To była błyskawiczna decyzja. Zaproszenie na pokład „Humbaka” (WLA-108) przyjąłem bez namysłu!

Kuter zacumowany był przy końcu nabrzeża Angielskiego na molo Dalmoru. Trudno tam się teraz dostać. „Dalmor” nie ma już dzisiaj nic wspólnego z rybołówstwem. Przed laty, w grudniu 2011, firma stała się częścią Grupy Kapitałowej Polskiego Holdingu Nieruchomości, która niebawem rozpocznie na Molo Dalmoru stawiać bardzo niewiele mieszkań dla bardzo bogatych klientów. Miasto zgodziło się na taki deal i wyłączyło teren Dalmoru z granic administracyjnych portu. Nie jest więc tam akceptowana przepustka portowa, okazywana ochroniarzom „na bramce”, a zezwolenie na fotografowanie uzyskać można jedynie w warszawskiej centrali, co wg ochroniarzy i tak jest czystą iluzją. Można jednak jeszcze wjechać i zaparkować, oczywiście za odpowiednią opłatą. Jak wiadomo, pieniądz nie śmierdzi i każdy grosz się przyda. Szczególnie tym najbogatszym.

Ja jednak postanowiłem ich nie wspierać i zaparkowałem tuż przed stróżówką pod budynkiem Sea Towers. Z jakiegoś powodu właśnie tam zrezygnowano z parkometrów, a z samego rana szansa na  znalezienie jakiegoś wolnego miejsce jest spora.

Przy kutrze byłem punktualnie o ósmej, tak, jak się umawialiśmy. Na dworze trzymał mróz i mimo wschodzącego nieśmiało słońca z nieba co rusz sypało śniegiem. W mesie „Humbaka” jednak było jasno, ciepło i całkiem wygodnie. Uraczono mnie też od razu gorącą kawą. Po kolei poznać też mogłem członków załogi, którzy w drodze z kabiny do miejsca pracy (lub odwrotnie) zahaczali o mesę. A byli to: młodszy rybak Łukasz Konkel, starszy rybak Andrzej Muranowski, mechanik Ryszard Liepke i drugi szyper Łukasz Trella – ten, który mnie teraz na „Humbaka” zaprosił, a który kiedyś, jeszcze na rufowcu HEL-125 został nieomal moim kuzynem (historię tę znajdziecie tutaj: http://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/2543-hel-125.html ). Pierwszego szypra znalazłem trochę później na mostku – to pan Wiesław Komarowski. No to mamy już komplet!

Wyjść z Gdyni mieliśmy krótko po ósmej, z jakichś jednak powodów terminy się poprzesuwały i mieliśmy trochę czasu na wzajemne obwąchanie się i towarzyski small talk przy stole. Gdybym wiedział, że chwila ta będzie tak krótka – i że na pokładzie będzie tyle roboty, ze jakakolwiek konwersacja już nie będzie możliwa, wykorzystałbym ją może lepiej. Ale cóż – to życie zazwyczaj pisze scenariusze, a ja mogę co najwyżej próbować je przekazać wam dalej.

Od nabrzeża odeszliśmy w końcu o 9:20. Przez chwilkę towarzyszyły nam promienie porannego słońca, zaraz jednak przegonione przez ciemną chmurę, niosącą przelotny śnieg. Łukasz (prosił mnie, bym nazwał go Łukaszek Kaszub) zapakował mnie troskliwie w ciepły polar, bym nie wysmarował kurtki i nie zmarzł na pokładzie, podczas gdy „Humbak” szedł już w stronę wyjścia południowego. Tuż za główkami kapitan popisał się cudnym, ostrym zwrotem na lewą burtę, co wywołało wśród załogi lekki uśmieszek, a u mnie absolutny zachwyt (przechył był fantastyczny!) i wszedł na kurs do Helu.

Do Helu, spytacie, nie na łowisko? Nie, nie tym razem. Tym razem bowiem „Humbak” udawał się w misji specjalnej Morskiego Instytutu Rybackiego na wody Bałtyku Zachodniego, gdzie przeprowadzać miał badania stanu zarybienia. Pozostać tam miał tydzień lub dłużej, w zależności od warunków na morzu. Właśnie w Helu zamustrować mieli naukowcy z MIRu, a statek otrzymać miał nowiutki zestaw sieci. Tam również ja miałem wysiąść. Miałem więc spędzić zaledwie godzinę na pokładzie.

Muszę Wam od razu powiedzieć, że była to nadzwyczaj pracowita godzina! Dla rybaków przeloty na łowisko kojarzą się zazwyczaj z nudą, oglądaniem telewizji czy filmów wideo i spaniem. Tym razem jednak trzeba było po drodze rozwinąć wielki włok z bębna, sklarować go na pokładzie i rozbroić całą resztę sprzętu połowowego, by móc zostawić „stare” sieci w Helu i zamienić je na nowe, MIRowskie. Trudno wyobrazić sobie normalnemu śmiertelnikowi, jaka to mordęga. Szczególnie w warunkach zimowych. Nawinięta na bęben sieć jest zamarznięta na kość i kilku rybaków musi się nieźle natężać, by dać sobie z nią radę. Nie ma więc czasu na przerwę czy jakąkolwiek rozmowę, każdy ruch musi „siedzieć”, a materiał jest naprawdę oporny. Nierzadko trzeba użyć młotka czy jakiegoś innego narzędzia (jak na przykład deski), by poradzić sobie z linami i stalówkami prosto „z lodówki”.

Szczególnie uciążliwe było rozwijanie niewyczyszczonej po ostatnim zaciągu, wewnętrznej warstwy sieci z pozostałymi w niej szczątkami zaplątanych rybek. W powietrzu unosiły się masy pyłu o bardzo mocnym zapaszku. Ta faza była z pewnością najbardziej niemiła – w każdym razie dla mnie.  Ucieszyłem się więc, kiedy wreszcie przez nią przebrnęliśmy. Jestem przekonany, a może raczej chcę wierzyć, że wyrażam tu również stanowisko rybaków. 

Na koniec zostało jeszcze wiązanie sieci i osprzętu w wielka paczkę, którą po przybyciu do Helu trzeba będzie wyładować. Kiedy rybacy uporali się wreszcie z ta naprawdę wielką robotą, mijaliśmy już właśnie główki na portowym falochronie. Za chwilę zacumujemy. Gdzieś na brzegu czekają na nas pewnie panowie z MIRu. Z nimi zamienię się miejscami. Ja wysiądę, oni wejdą na pokład i popłyną w badawczy rejs. Ale jeszcze jest trochę czasu, najpierw trzeba wyładować sklarowane, zapakowane sieci i uzbroić kuter w nowy osprzęt. Pozostanę więc jeszcze trochę na „Humbaku”, lecz będzie to już następna, odrębna historia.

Nie mogę, po prostu nie mogę pokazać Wam wszystkiego od razu, zdjęć zrobiłem bowiem tyle, że nie sposób byłoby przebrnąć przez nie na raz. Dlatego też postanowiłem podzielić je na trzy bardziej strawne porcje. Oto pierwsza z nich:

cdn…

Gdynia / Hel, 18 stycznia 2018

© Antoni Dubowicz 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: