16grudzień2018     ISSN 2392-1684

Pierwsze spotkanie z morzem / próby morskie „Ślązaka”

00 DSC0018a

Tylko raz budowany statek wychodzi po raz pierwszy na morskie próby, okazja więc to nie lada, szczególnie gdy kończy się właśnie siedemnasty rok od położenia stępki, a dwudziesty pierwszy od zlecenia na wykonanie projektu. Tego rekordu chyba nikt już nie przebije!

Kiedyś wprawdzie wydawało mi się, że kilkuletnia „obsuwa” w budowie czterech promów pasażersko-towarowych zamówionych przez „Stenę” w Stoczni Gdańskiej im. Lenina to granica nie do pokonania, lecz czas pokazał, jak bardzo się myliłem. Legendarny już dziś „Gawron” to samotny i  niedościgniony zwycięzca! Przypomnijmy więc kilka związanych z nim faktów i dat.

Miał to być pierwszy okręt z planowanej serii siedmiu wielozadaniowych korwet dla Marynarki Wojennej RP, opartych na niemieckiej koncepcji MEKO A-100. Prace przy tzw. projekcie 621 zaczęły się w grudniu 1997, a w listopadzie 2001 (bez przetargu, z wolnej ręki) zawarto umowę ze Stocznią Marynarki Wojennej w Gdyni. Szybko okazało się, że stocznia nie ma zdolności do budowy tak skomplikowanego okrętu, państwo nie ma pieniędzy na jej sfinansowanie, a program zbrojeń nie przewiduje w ogóle takich jednostek. Problemy, przestoje i „dłubanina” przy okręcie zostały już w wielu fachowych źródłach tak dobrze i szczegółowo opisane, że nie ma sensu tego tutaj powtarzać. W każdym razie żadna władza nie potrafiła, nie chciała zdecydować się na przyznanie do błędu i zezłomowanie rozpoczętego nieszczęśnika. Zamiast tego guzdrano się dalej w ślimaczym tempie, kroczek po kroczku, podając do publicznej wiadomości coraz to nowe, zupełnie abstrakcyjne terminy zakończenia budowy. Wreszcie w 2012 roku zadecydowano w sposób salomonowy, że po prostu odchudzi się program i z wielozadaniowej korwety zrobi się skromniutki okręt patrolowy, przy okazji przemianowując go  z „Gawrona” na „Ślązaka”. Budowa szła jednak po staremu, chaotycznie, bez głowy i bez żadnych wspólnych ustaleń. A co najgorsze, wielotorowo. Tak więc stocznia budowała „platformę”, firma Enamor zintegrowany system łączności, nawigacji i hydrolokacji, a firma Thales Nederland ZSW, czyli zintegrowany system walki. Prowadzonych jednocześnie prac nikt jednak nie koordynował, więc, co łatwo sobie wyobrazić, nic do siebie nie pasowało. Krótko mówiąc –  był bałagan i było coraz drożej.

Ciekawostką i ewenementem jest, że „Ślązak” ma za sobą aż trzy (a właściwie nawet cztery) wodowania! Pierwsze, techniczne, odbyło się we wrześniu 2009 (zwodowano wtedy tylko scalony kadłub bez nadbudówki, który po tygodniu wrócił na ląd), drugie w grudniu 2014 (to również wodowanie techniczne, potrzebne do pomiaru rzeczywistych parametrów kadłuba, a także do odwrócenia jednostki i ponownego umieszczenia w hali w celu montażu śrub i sterów), wreszcie trzecie, to „oficjalne”, połączone z uroczystym chrztem okrętu w dniu 2 lipca 2015 roku. Czwarte, już „ciche” wodowanie miało miejsce zaledwie kilka miesięcy później, w listopadzie 2015 roku. Okazało się bowiem, że okręt zszedł na wodę bez sonaru oraz niezbędnych systemów łączności podwodnej i musiał ponownie wrócić na ląd.

Wreszcie nadszedł jednak ten długo oczekiwany dzień, w którym „Ślązak” rozpoczął próby morskie, wypływając tym samym po raz pierwszy w morze. Wydarzyło się to 14 listopada 2018 o godzinie 13:30.

Na otwarte wody wyciągały go dwa gdyńskie holowniki – „Fairplay VII” od strony dziobu, „Fairplay XVI” za rufą. Na szczycie Ostrogi Pilotowej stał tłumek shipspotterów i miłośników „Ślązaka” (stowarzyszenie takie działa od wielu lat), pozostali obsadzili wszystkie dogodne posterunki obserwacyjne – na tarasie Muzeum Emigracji czy na balkonie wieży Kapitanatu. Niektórzy zaś, w tym i ja, mieli okazję zamustrować na którąś z kręcących się w pobliżu jednostek. Mnie szczęście kopnęło podwójnie. Nie dość, że w ogóle znalazłem się na pokładzie „Pilota”, to jeszcze wracał on prosto z redy spod innego statku i, miast zboczyć do bazy na Rybne, wszedł od razu do portu wewnętrznego, gdzie trzymał się w pobliżu wychodzącego właśnie „Ślązaka”. Dzięki temu mogłem towarzyszyć okrętowi od pierwszych chwil po odejściu od pirsu aż do wyjścia na otwarte wody Zatoki. Załodze „Pilota-5” dziękuję więc z całego serca (szyprowi, panu Waldemarowi Razumience i mechanikowi, panu Jarosławowi Godlewskiemu).  

Pogoda dopasowała się do wydarzenia. Było wprawdzie pochmurnie i szaro, lecz już koło południa przestało padać. Towarzysząca nam w ostatnich dniach mgła też się jakoś rozwiała. Aura była więc odpowiednio morska, w sam raz na powitanie szaro-niebiesko-czarnego „nowego” na wodach Bałtyku. Holowniki bez trudu dawały sobie z nim radę, wyprowadzając go bez przeszkód z portu. Przyznam, że czekałem niecierpliwie na pierwsze obroty śrub „Ślązaka”, ale na próżno. W zamian mogłem przyjrzeć się szarpaninie marynarzy na pokładzie z nazbyt wypuszczoną drabinką sznurową z zanurzonym w wodzie końcem (w języku fachowym zwaną po prostu trapem, co jest moim zdaniem nieścisłe), wiszącą ukośnie przy burcie poruszającego się statku. Trzech, może czterech załogantów na pokładzie okrętu mocowało się, usiłując wyciągnąć ją z toni. W końcu się udało, ale co się namęczyli, to ich! Z różnych otworów w szarej burcie tryskały strumienie wody, a gdzieś w rejonie maszynowni, tuż pod wspomnianą drabinką, nawet gorąca para pod dużym ciśnieniem. Jaka była tego przyczyna, nie mam pojęcia, ale chyba nie chodziło o to, by przypalić podeszwy schodzącemu z okrętu pilotowi? Po krótkim namyśle porzuciłem też myśl, ze była to próba postawienia zasłony dymnej. Sprawa pozostała wiec nierozwiązana.

Pilota przyjęliśmy szczęśliwie bez spalonych stóp. „Pilot-5” przywarł tak ciasno do burty okrętu, że parę przydusiły służące za odbijacze opony. Pan kapitan ż. w. Krzysztof Knyba (bo to on miał zaszczyt zostać pierwszym pilotem „Ślązaka”) chyba nawet nie dostrzegł grożącego mu niebezpieczeństwa. I dobrze!

Zaskoczył mnie jednak sam moment zdjęcia pilota. Zwykle jest tak, że najpierw odchodzą od statku holowniki, a dopiero po nich, jako ostatni, z pokładu schodzi pilot. Tym razem było inaczej. Pilot bowiem już zszedł, a holowniki wciąż przy nim pozostawały.

Trochę mnie to rozczarowało, bo liczyłem na fotografie „Ślązaka” na morzu solo, bez eskorty. Ale cóż, jak się nie ma, co się chce…. Udało mi się namówić szypra do zrobienia kółka wokół okrętu, co dało mi z kolei szansę na sfotografowanie holowników przy pracy. W gruncie rzeczy to nawet się z tego cieszę, bo zdjęcia wyszły przednie! Gdy wracaliśmy, hol rufowy zwalniał właśnie „Fairplay XVI”. „Ślązak”, wciąż bez własnego napędu, szedł na holu „Fairplaya VII”. Zastanawiałem się, czy jest to zamierzony manewr, czy też jakiś kłopot z maszynami, odpowiedzi na to jednak nie znalazłem. Wprawdzie krótko potem ptaszki zaczęły ćwierkać o jakichś problemach w maszynowni, ale sami wiecie, jak to z tym ćwierkaniem bywa.

I to wszystko. Pilot-5” wykonał swoją robotę i zawrócił do bazy. Przygoda zaś „Ślązaka” z morzem dopiero się rozpoczyna. Jak dobrze pójdzie, w marcu 2019 zostanie on wreszcie przekazany Marynarce Wojennej i od tej pory będzie już dumnym ORP – Okrętem Rzeczypospolitej Polskiej.

© Antoni Dubowicz 2018

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: