KHATANGA – 444 dni w areszcie!

00 DSC0911a

Rosyjski statek do przewozu produktów naftowych „Хатанга” (Khatanga) przybył do Gdyni z Kuby w dniu 3 października 2017 roku. Jakikolwiek był dalszy cel jego podróży, już się w nią nie wybrał. W Gdyni został bowiem zatrzymany przez rutynową, acz niezapowiedzianą kontrolę PSC (Port State Control).

Inspekcje takie przeprowadza się w celu sprawdzenia kompetencji kapitana, oficerów oraz stanu technicznego statków, warunków określonych w konwencjach takich jak SOLAS, MARPOL czy STCW.

Odbywają się one praktycznie w portach całego świata na mocy odpowiednich porozumień międzypaństwowych. W Europie obowiązuje tzw. konferencja Paryska (Paris MoU), której sygnatariuszami jest 25 państw europejskich - w tym oczywiście Polska - oraz Kanada i Rosja.

Zatrzymanie, czy też, jak kto woli, areszt statku trwa zazwyczaj nie dłużej niż kilka dni. Po wyeliminowaniu braków, uchybień, czy też niezbędnym remoncie oraz po ponownej, pozytywnej kontroli statki wyruszają z reguły w dalszą drogę.

Ale nie „Khatanga”! Ani jej właściciel, ani armator nie kwapił się bowiem do działania. W rezultacie statek „przestał” w porcie dokładnie 444 dni (!), przesuwany od czasu do czasu z jednego miejsca na inne, w którym mniej zawadzał. Aż nadszedł wreszcie piątek, dwudziesty pierwszy dzień grudnia 2018. Pamiętny dzień w historii statku. Dzień, w którym wyruszyć miał on wreszcie od nabrzeża „starej” Stoczni Nauta, przy którym wegetował od miesięcy, do doku na remont!

Przeprowadzić go tam miały trzy gdyńskie holowniki – „Fairplay IV”, „Fairplay XVI” i „Centaur II”.

Nie wiem czy wiecie, ale nawet w tak krótkiej podróży po porcie statkowi towarzyszyć musi pilot. W tym przypadku obowiązek ten spoczywał na panu kpt. ż.w. Krzysztofie Sobolewskim.

Akcję zaplanowano na godzinę 12:00. Dzień był dość nieciekawy, szary i mocno przemglony, zdecydowanie nie fotograficzny. Wybierałem się więc do portu jak sójka za morze, niezdecydowany, czy jechać, czy nie jechać. W rezultacie dotarłem tam wreszcie, jednak mocno spóźniony, dopiero o 12:30 z nadzieją, że może uda mi się jeszcze zobaczyć „Khatangę” i holowniki w momencie, w którym wchodzić będą z terenów starej Nauty w Basenie II do leżącego po wewnętrznej stronie falochronu zewnętrznego Kanału Południowego. Tamtędy udadzą się drogą wodną do doku Nauty, działającej od lat w Basenie VI.

Oczywiście miałem aparat przy sobie, choć raczej nie liczyłem na dobre ujęcia. Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że w zasadzie jeszcze nic się nie wydarzyło. „Khatanga” wciąż stała jak wrośnięta do pirsu, holowniki kręciły się przy niej bezczynnie czekając, aż statek da radę zwolnić łączące go z nabrzeżem cumy. Również i ja kręciłem się więc tu i tam na Nabrzeżu Śląskim, usiłując mimo wszystko złapać jakiś w miarę obiecujący kadr.

Po pół godzinie bez żadnych zdarzeń postanowiłem zmienić miejsce. Z Śląskiego widok był w sumie nieszczególny, stojącą dość daleko „Khatangę” zasłaniały skutecznie dwa pirsy – północny i południowy – wraz ze stojącymi na nich dźwigami, masztami i pozostałościami po stoczniowej działalności. Poza tym w tle raziły mnie dwie szpetne wieże Sea Towers, których nie dało się nijak uniknąć. Oszacowałem, że dużo ciekawsze będą zdjęcia z drugiej strony, z Angielskiego, z pokładu stojących tam „Pilotów”.

Jednak by dotrzeć na drugą stronę basenu trzeba wrócić do postawionego gdzieś samochodu, wyjechać z portu, przejechać przez kawał miasta i na koniec przebić się przez strzeżoną bramkę na Molo Dalmoru. Powstaje tam bowiem osiedle mieszkaniowe dla wybrańców o wdzięcznej, czysto polskiej nazwie Yacht Park, tuż obok wspomnianego już wieżowca Sea Towers i wybudowanego niedawno kompleksu budynków biurowych Gdynia Waterfront, funkcjonującego również pod nazwą Hotel Courtyard. Jesteśmy przecież od zarania dziejów światowcami i po angielsku mówimy lepiej niż we własnym języku. W co zresztą nietrudno uwierzyć, słuchając wypowiedzi naszych przedstawicieli w sejmie, senacie i przeróżnych, nie tylko państwowych, mediach.

Wróćmy jednak do tematu. Zmiana miejsca faktycznie pomogła. Statek był blisko i nic nie zasłaniało uwijających się przy nim trzech holowników. Krótko po pierwszej udało się wreszcie zastępom pracowników uwolnić statek od nabrzeża i rozpoczęło się holowanie. Przez następne czterdzieści minut stałem na pokładzie „Pilota” i obserwowałem manewry, dopóki cała grupa nie zniknęła w Kanale Południowym.

Czułem jednak niedosyt! Jako że przemarsz zespołu holowniczego przez kanał musiał chwilę potrwać, postanowiłem spróbować złapać go po drugiej stronie. Wiadomo, że idealnym punktem obserwacyjnym, najlepszym chyba w całym porcie, jest Ostroga Pilotowa. Widziałbym stamtąd  przejście „Khatangi” przez cały awanport i port wewnętrzny, przez moment miałbym ją nawet bardzo blisko.  

Pomknąłem więc znów przez miasto pod Kapitanat. Zdążyłem akurat na czas, by zobaczyć wyłaniający się najpierw jeden holownik, a za nim na holu statek i pozostałe dwa holowniki. Jedynym słabym punktem była pogoda, która popsuła się na amen. Słońce definitywnie poddało się i nie czyniło już żadnych prób przebicia się przez grubą warstwę gęstego, szarego nieba. Unosząca się nad woda mgiełka też nie poprawiała sytuacji. Trochę szkoda, ale co tam. Skoro już tu jestem to przecież nie odpuszczę!

W rezultacie zrobiłem taką masę zdjęć, że zabrakło mi potem zapału, by zmierzyć się z nimi i dokonać jakiegoś wyboru do Morskich Kadrów. Zdecydowanie za często mam słabą silną wolę! Pora to zmienić. Może w przyszłym roku?

Tuż po drugiej cyknąłem ostatnie zdjęcie. „Khatanga” była już prawie na zakręcie do basenu stoczniowego, a szarość coraz bardziej wszechobecna. Nic dziwnego, 21 grudnia to przecież najkrótszy dzień roku i nawet w piękną pogodę o trzeciej robi się ciemno.

Manewry przy dokowaniu trwały jeszcze długo, lecz nie próbowałem już dostać się na Nabrzeże Węgierskie, skąd mógłbym je obserwować. Było już za szaro, a ja jednak trochę, może nawet bardziej niż trochę, zmarzłem. Poza tym trzeba przecież kiedyś powiedzieć sobie - dość! Zrobiłeś swoje, wracaj do domu!

„Khatanga” pozostała w doku do końca roku, w pierwszych dniach stycznia wróciła ponownie na to samo miejsce, z którego wyruszyła, w którym rozpoczęła się ta relacja.

Stoi tam nadal. Kiedyś armator czy też właściciel zgłosi swój statek do powtórnej re-inspekcji. Jeśli ta przebiegnie pomyślnie, zostanie on zwolniony z aresztu. Jeśli. Na razie jednak nikomu się nie śpieszy.

Słowo daję, gdyby istniała jakaś jednostka nic nie robienia, powinna nazywać się KHATANGA!

© Antoni Dubowicz 2018/2019

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: