12grudzień2019     ISSN 2392-1684

Ćwiczenia ratownictwa morskiego – z pokładu „Kapitana Poinca”

Ćwiczenia ratownictwa morskiego z pokładu Kapitana Poinca

Jeśli zdarzy ci się coś takiego, o czym marzysz od lat, jeśli pewnego dnia zadzwoni rzecznik Morskiej Służby Poszukiwań i Ratownictwa SAR i zapyta, czy masz czas i ochotę wziąć udział w zaplanowanych za dwa dni ćwiczeniach służb ratowniczych na morzu, jeśli więc zdarzy ci się takie szczęście, odpowiadasz jasno i bez wahania:

- Oczywiście, panie Rafale, będę o wskazanym czasie we wskazanym miejscu! Jeśli trzeba, to i za pół godziny!

Mnie się trafiło. I byłem! A na przygotowanie się miałem dwa dni, a nie pół godziny!

Tak więc oto w sobotę, 12 października już o 7:30 rano (a nawet trochę wcześniej) stałem przy trapie zacumowanej w Gdyni flagowej jednostki SARu – wielozadaniowego statku „Kapitan Poinc”. Nigdy jeszcze na nim nie byłem, więc miałem trochę tremy. Zupełnie niepotrzebnie. Już przy trapie zostałem ciepło powitany, zaprowadzony do mesy i poczęstowany herbatą. Ze śniadania zrezygnowałem, choć kucharz proponował. Kucharz! Wyobraźcie sobie, w składzie stałej załogi „Kapitana Poinca” jest też kucharz! On i 10 innych osób. Zdziwienie minęło mi dopiero, gdy się dowiedziałem, że załoga w ogóle nie schodzi ze statku, nawet na chwilę! Praca jest bowiem w rytmie dwa na dwa – dwa tygodnie na służbie, dwa w domu. Każdej chwili może się przecież zdarzyć, że statek będzie wezwany do natychmiastowej akcji i wtedy wszyscy muszą być w pełnej gotowości!

„Mój” komplet załogi to Jerzy Borkowski (Kapitan), Jarosław Szydłowski (Starszy Oficer Wachtowy), Waldemar Więckowski (Oficer Wachtowy), Ireneusz Drapaluk (Starszy Mechanik), Igor Majewski (Oficer Mechanik Wachtowy), Mirosław Jędruch (Oficer Elektryk), Albin Halman (Bosman), Robert Płocki (Starszy Marynarz), Marek Przyjemski (Starszy Marynarz), Kacper Częścik (Motorzysta) i Cezary Jodko (Kucharz). Dodatkową osobą na pokładzie był pewien student Akademii Marynarki Wojennej, który zgodził się wystąpić w roli ofiary poparzeń oraz pewien Szwed z Nowej Zelandii, zawodowy fotograf. Fajnie, będzie międzynarodowo!

Krótko przed godziną 8:00 „Kapitan Poinc” odszedł od Nabrzeża Angielskiego. Dzień zapowiadał się nieszczególnie, szaro, deszczowo. Nic jednak nie mogło zmącić mojego promiennego entuzjazmu. Na mostku dowiedziałem się, jaki jest scenariusz ćwiczeń.

Wyglądał on mniej więcej tak - „Kapitan Poinc” symuluje statek handlowy, na którym (cytuję w wolnym przekładzie):

 „…w trakcie prowadzonego próbnego alarmu pożarowego dochodzi do zdarzenia, w którym uczestniczą dwie osoby. Pierwszą z nich jest załogant, który w wyniku prowadzonych działań na mostku zasłabł i doznał urazu głowy. Drugą osobą jest kucharz okrętowy, który w momencie ogłoszenia próbnego alarmu, w wyniku uderzenia o pokład statku fali  doznaje oparzenia części ciała II stopnia.

O zdarzeniu i konieczności pomocy w związku z wypadkiem Kapitan statku powiadamia Morskie Ratownicze Centrum Koordynacyjne, to zaś uruchamia siły i środki (czyli obsady Brzegowych Stacji Ratunkowych ze Świbna i Sztutowa).

Po przybyciu ekip ratunkowych załoga statku współpracuje czynnie z ratownikami. Poszkodowani przeniesieni zostają na lodzie ratownicze BSR, które zabierają ich na plaże do czekających już tam samochodów ratowniczych, które transportują ich do BSR Świbno, gdzie zostają przekazani Zespołom Ratownictwa Medycznego…”

Celem ćwiczenia jest doskonalenie współdziałania załogi statku podczas działań ratowniczych na własnej jednostce, współpracy załogi statku z ekipą ratunkową, działania ratowników BSR na obcym statku, współpracy ratowników BSR z załogą statku i doskonalenie współpracy statku i BSR z MRCK.

Kierownikiem ćwiczenia jest Specjalista ds. Medycznych, a miejscem obszar wodny na wysokości Wisłoujścia w rejonie Świbna.

Na wyznaczone miejsce dochodzimy około godziny 10:00. Szybką łodzią przybywają na „Poinca” dwie panie lekarki, „przygotowujące” studenta, pełniącego obowiązki poszkodowanego kucharza. Już po chwili jest on doskonale poparzony. Mam nadzieję, że paskudne bąble zejdą mu z twarzy po zakończeniu ćwiczeń!  Drugim poszkodowanym zostaje manekin. Po przygotowaniu go – ubraniu, uszminkowaniu i rozmazaniu na nim „krwi” jest gotów do prób odratowania!

Nieoczekiwanie jednak, przed oficjalnym rozpoczęciem ćwiczeń, Kapitan postanawia przetestować stan przygotowania medycznego własnej załogi.

Punktualnie o godzinie 10:24 wciska dzwonek alarmowy i przez statkową rozgłośnię nadaje komunikat:

- Uwaga załoga, uwaga załoga! Na statku doszło do wypadku. Dwie osoby zostały poszkodowane. Poszkodowani to są goście którzy z nami brali udział w ćwiczeniach. Jedna osoba przewróciła się na mostku i straciła przytomność, druga została poparzona w mesie. Proszę o utworzenie dwóch grup medycznych. Jedną pod przywództwem starszego marynarza Marka Przyjemskiego, który ma dobrać sobie ludzi, drugą dowodzi Waldek (Więckowski), drugi oficer. Marek ze swoją grupą ma udać się na mostek! –

Rozpoczyna się akcja! W oka mgnieniu zjawia się grupa Marka, w pełni gotowa do pomocy. Ja również pozostaje na mostku. Patrzę, fotografuję i słucham. Najbardziej jednak zadziwia mnie sam „poszkodowany”, czyli manekin. Potrafi on bowiem absolutnie wszystko! Bije mu serce (lub nie), oddycha lub nie oddycha, ma namacalne żyły, w które można mu coś wstrzyknąć lub pobrać krew, nawet zagadać potrafi – a wszystko za pomocą zdalnego sterowania przez tablet. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem, więc prawdopodobnie stałem tam z rozdziawioną ze zdumienia gębą. Fotografii robię więc dużo, bardzo dużo!

O 10:50 poszkodowany na noszach jest już na pokładzie rufowym, gotów do przekazania go łodziom ze stacji brzegowych. Jak na zamówienie, dwa RIBy z ratownikami pędzą już po morzu w kierunku burty statku (trzeci RIB przywozi jeszcze kilku obserwatorów). Rozpoczęły się oto „prawdziwe” ćwiczenia. Załoga „Poinca” zdała egzamin na medal, teraz wykazać się muszą ratownicy ze Sztutowa i Świbna.

Podczas, kiedy oni to robią, ja pozostaję na otwartym pokładzie i podziwiam dzikie harce szybkich łodzi na wodzie, nie zważając na ciemne chmury i coraz mocniejszy deszcz. Tylko z poczucia przyzwoitości nie zamieszczam tutaj tych zdjęć wiedząc, że nikt przy zdrowych zmysłach nie dalby rady przebrnąć za jednym zamachem przez taką masę materiału. Pokażę go Wam więc innym razem w osobnych Morskich Kadrach, obiecuję!

O 11.40 obaj poszkodowani są już opatrzeni i mogą opuścić pokład naszego statku. Panowie i Panie z BSR Sztutowo i Świbno znają się na swojej pracy! Brawa dla nich!

Powoli bractwo się rozchodzi, RIBy odpływają w stronę stacji brzegowej, my zaś ruszamy z powrotem do Gdyni. Koniec ćwiczeń. Chociaż zaraz, niezupełnie! Kapitan ma bowiem jeszcze jedną niespodziankę i ogłasza alarm „człowiek za burtą”. Gdzieś na wodach przybrzeżnych dryfuje w stronę granicy z Rosją wycieńczony surfer. Trzeba go jak najszybciej znaleźć!

A więc nowe rozkazy. Łodzie ustawiają się w szyku równoległym w określonych odstępach i przeczesują morze w poszukiwaniu rozbitka. Nikt nie wie, gdzie on się znajduje, oprócz kapitana (wyrzucając go cichcem za burtę zanotował sobie namiary i teraz pokazuje mi tę „ściągę” z nadzieją, że nieszczęśnik nie zdryfował za daleko). Szczęśliwie rozbitek szybko się znajduje, co potwierdza klasę wyszkolenia ratowników, i powraca na „Kapitana Poinca”. Tu też poznaję jego tożsamość. To sklecony z dwóch desek na krzyż, ubrany w kapok „Franek” z okrągłą głową z dykty z wymalowanym wywieszonym językiem i z butkami z żelaznej szekli. „Franek” jest etatowym topielcem, wyławiany był już więc wielokrotnie, a z jego imieniem wiąże się pewna historia, dość osobista, której Wam jednak nie opowiem. Ratownicy mają swoje małe tajemnice i niech tak pozostanie!

O 14:30 wchodzimy do Gdyni. Na zewnątrz zapowiedziana w prognozach szaruga, deszcz i mgła. Słowem - paskudnie! Ledwo dostrzec można na wodzie kilka jachtów. To namiastka parady żaglówek, biorących udział w tegorocznej edycji zlotu „Próchno i Rdza”. Właśnie teraz, zgodnie z planem, „defilują” przed zgromadzonym na bulwarze nadmorskim tłumem widzów. Niestety, tylko w teorii. W rzeczywistości na bulwarze nie ma żywego ducha. Ale to są żeglarze i, podobnie jak dla ratowników morskich, nie ma dla nich złej pogody! Jeśli więc mimo tak podłych warunków jednak ktoś przyszedł, by obejrzeć paradę, z pewnością nie odszedł zawiedziony!

© Antoni Dubowicz 2019

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: