16październik2021     ISSN 2392-1684

Ostatnia podróż „Daru Pomorza” – po raz wtóry, dziesięć lat później

00 DSC0284aa

W poniedziałek, 18 listopada 2019 „Dar Pomorza” wyszedł w morze. Od roku 1982, w którym zacumował na stałe przy nabrzeżu Pomorskim w charakterze statku-muzeum, każde poruszenie „białej fregaty” to wielka atrakcja. Bardzo rzadko bowiem żaglowiec przeholowywany jest z basenu Prezydenta do którejś z miejscowych, gdyńskich stoczni. Wyjście zaś „Daru” w morze to coś absolutnie nadzwyczajnego! O ile wiem, stało się to tylko raz jeden, w lipcu 2009 roku podczas zlotu żaglowców The Tall Ships’ Races. „Dar Pomorza”, świętujący wówczas swoje 100 urodziny, stanął zakotwiczony na wodach Zatoki Gdańskiej w roli trybuny honorowej, odbierając salut od uczestniczących w regatach jednostek.

Było to piękne wydarzenie. Wówczas dane mi było podziwiać powrót „Daru” do Gdyni z pierwszego rejsu po 29 latach (i, jak mówiono wówczas, ostatniego). Opisałem to w Morskich Kadrach tutaj: https://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/258-ostatni-rejs-daru-pomorza.html

Teraz, 10 lat później, zdarzyło się to po raz drugi! Statek udał się na przegląd, odświeżenie i poprawę kilku drobiazgów do stoczni „Remontowa” w Gdańsku. Miał tam pozostać tylko dwa tygodnie. Najpóźniej więc w pierwszych dniach grudnia wszyscy zaczęli czekać na jego powrót. Mnożyły się domniemania i przypuszczenia, kiedy to nastąpi, żadne z nich się jednak nie sprawdziło. Stocznia nie informowała nas o postępach prac. Prośba Naszego Bałtyku pozostała bez odpowiedzi, podobnie jak i kilkakrotnie zapytanie, skierowane do Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, właściciela i armatora „Daru Pomorza”.

W rezultacie tych działań, a właściwie ich braku, w chwili, w której „Dar” wrócił wreszcie do Gdyni, w czwartek 20 grudnia, po 4,5 długich tygodniach na stoczni, nikt na niego nie czekał. Po pierwsze dlatego, że nikt o tym nie wiedział, a po drugie - że było już ciemno (i mokro i mgliście). Tylko ja stałem na nabrzeżu i wpatrywałem się w morską toń, usiłując wyłowić z czerni nocy jakiś zarys masztów, jakieś światełko, jakikolwiek sygnał wskazujący na to, że kawalkada, złożona z gdańskich holowników „Słoń” i „Vega” z „Darem” na holu jest już blisko. Przez długi czas jednak nic na to nie wskazywało. Dopiero kwadrans po piątej wieczorem dostrzegłem jakiś ruch, omiatając horyzont najdłuższym obiektywem, jaki miałem do dyspozycji. Obserwację potwierdziło wyjście „Pilota” - dokładnie o 17:34.

Jestem uparty, stałem więc dalej w zacinającym nieprzyjemnie deszczu, mając nikłą nadzieję, że cudem uda mi się zrobić kilka przyzwoitych zdjęć, oczywiście „z ręki”, bo o statywie nawet nie pomyślałem (nie lubię go, po prostu nie lubię, przeszkadza mi tylko). Przy mnie jakaś para turystów. Przyjechali z daleka, mimo ciemności i niepogody chcieli popatrzeć na morze. Nie mieli pojęcia o zbliżającym się żaglowcu. Zresztą mało ich to interesowało, wpatrzeni byli w siebie i to im do szczęścia wystarczało. Zerknęli na mnie z politowaniem, zajęci wyłącznie sobą, i zaraz uciekli do samochodu. I tyle towarzystwa, tyle ich widziałem.

W końcu jednak moje czekanie się opłaciło, tuż przed główką wejściową na falochronie południowym „Vega” zapaliła silne reflektory. Było więc trochę światła, co pozwoliło mi na fotografowanie. Wewnątrz basenu Prezydenta było jeszcze lepiej, białe burty „Daru Pomorza” łapały światła poruszających się samochodów, latarni nadbrzeżnych i pobliskiego miasta. W tych warunkach żaglowiec prezentował się majestatycznie i tajemniczo. Kilku przypadkowych przechodniów stanęło zafascynowanych i wyciągnęło smartfony. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że są to najlepsze ujęcia tego wieczoru. Na nabrzeżu Pomorskim odkryłem jeszcze jedną bratnią duszę, operatora z kamerą filmową. Sądząc z logo na urządzeniu, był to ktoś z telewizji państwowej, kiedyś nazywanej publiczną. I to wszystko.

Kilka chwil przed ostatecznym podaniem cum wycofałem się, szczęśliwy, acz nieco zziębnięty – do domu, na gorącą herbatę.

Poniższe fotografie są więc drugą już moją relacją z powrotu „Daru Pomorza” z jego „ostatniej podróży”. Siłą rzeczy są do siebie podobne, a jednak całkiem różne. Kto wie, może to i dobrze? Oceńcie sami.

(Kliknij w kadr, by powiększyć zdjęcie)

(Kliknij w kadr, by powiększyć zdjęcie. Funkcja F11 powiększa jeszcze bardziej)

(Kliknij w kadr, by powiększyć zdjęcie)

© Antoni Dubowicz 2019/2020

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: