W czeluściach AAL KOBE

00 DSC0749aa

To jedna z tych sytuacji, które zdarzają się przypadkiem, niejako po drodze. Tego dnia, a był to piątek, 26 stycznia 2018, poszedłem do portu, by przyjąć wchodzący do Gdyni okręt kanadyjski, fregatę rakietową HMCS St. John‘s – „gościa z morza i z mgły”. Właśnie pod tym tytułem opublikowałem później obszerną fotorelację w Naszym Bałtyku. Kto zechce, przypomni ją sobie lub przeczyta po raz pierwszy ( https://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/3433-hmcs-st-john-s-gosc-z-morza-i-z-mgly.html ).

Przy Francuskim jednak cumował tego dnia jeszcze jeden statek. Z wyglądu duży masowiec o wysokich, trochę zgniło zielonych burtach. Nazywał się AAL KOBE, na rufie wisiała flaga Liberii, co oznajmiała też nazwa portu macierzystego – Monrovia.

To statek dość nowy, zbudowany w 2012 roku. Jego  operatorem jest  AAL, firma założona w 1995 roku Holandii z siedzibą główną w Singapurze (przeniesiono ją tam w 2009 roku). Specjalizuje się w przewozie ładunków trudnych, nietypowych. AAL KOBE jest jedną z dziesięciu firmowych jednostek MPV (Multi Purpose Heavy Lift Vessel) nowej generacji. Ma prawie 194 m długości, 31.000 ton DWT i cztery dźwigi pokładowe, przy czym kombinowane użycie dźwigów nr 2 i 3 obsłużyć może ładunek o masie do 700 ton! Cechą szczególną tego statku jest wielka przestrzeń ładunkowa pod pokładem - 39.500 m³ i bardzo długie luki ładowni o wymiarach 38 x 12,5 m.

Oczywiście tego wszystkiego jeszcze nie wiedziałem, kręcąc się po Francuskim. Początkowo nie zwróciłem na AAL KOBE specjalnej uwagi, ot statek, jak wiele innych w porcie. Zaintrygował mnie jednak widok dwóch suwnic na nabrzeżu tuż przy jego burcie. Jakby oczekiwały na załadunek! Obserwowałem jednak wielokrotnie przewóz suwnic i zawsze jechały one „wierzchem” na otwartym pokładzie. Cechą charakterystyczną znanych mi statków Heavy Lift są bowiem bardzo niskie burty. A tu masz, całkiem inaczej! Nigdy nie przyszło mi do głowy, że tak wielkie stalowe konstrukcje można po prostu wpakować do ładowni. Najwyraźniej jednak można! Na nabrzeżu bowiem pojawiły się ekipy robocze i kilka sztaplarek. Mokre powietrze zrobiło się jeszcze bardziej mokre, gdy zaczęto myć koła suwnic wodą pod ciśnieniem. Mgła i wodny pył stworzyły niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju atmosferę, w której przez zapadający mrok przebijały się światła potężnych reflektorów, oświetlających pracę ekipy sztauerskiej. Chociaż nie wiem, czy słowo sztauer jest tu jeszcze adekwatne. Jak jednak nazwać inaczej fachowców od załadunku suwnic, nie mam pojęcia, pozostańmy więc przy tym określeniu.

Tymczasem pierwsza suwnica uniosła się i poszybowała w górę w kierunku odległego o kilkanaście metrów od nabrzeża pokładu. Zaraz zniknie za nadburciem. Ach, jak bardzo chciałbym zobaczyć ją z innej perspektywy, znad otworu ładowni, z jej wnętrza. Musi to być coś wspaniałego!

W sumie sam już teraz nie wiem, jak to się stało, że podszedł do mnie ktoś ze sztauerów i zapytał, czy chcę wejść na pokład. Oniemiałem, ale tylko na chwilkę. Jasne, że chcę! I już pięliśmy się po trapie w górę. Szybko załatwione formalności z trapowym, wpis na listę gości, obowiązkowy kask  na głowę – i do przodu! Przejście od trapu do ładowni to przeciskanie się między jedną ścianą z blachy a drugą. Trzeba iść gęsiego, bo jest bardzo wąsko – i uważać, bo zewsząd z pokładu wyrastają jakieś stalowe przeszkody, o które łatwo się potknąć. Doszliśmy tak do przegrody między ładowniami i wtedy dopiero się zaczęło! Klatka schodowa to nic innego jak wąziutki kanał ze stalowymi szczebelkami na którejś ze ścian, obliczony na jednego szczupłego, niewielkiego Filipińczyka – bez plecaka i bez dyndającego na pasku aparatu! Jest w nim mroczno, od czasu do czasu wisi na ścianie jakaś piwniczna lampka, i ślisko, wszystko oblepione jest czarnym smarem. Droga to istny labirynt. Piętro w dół, potem dziura w którejś ze ścian, dwa metry w prawo, kolejny kanał, potem znów w lewo (albo prawo, trudno spamiętać w podnieceniu), znów kanał, krok w lewo, (– Uważaj, by nie spaść!), kolejne schodki, kompletna łamigłówka.

W końcu jednak dotarliśmy na dno ładowni. Stałem na dnie wielkiej, przepastnej, otwartej u góry stalowej skrzyni. Wielki napis na jednej ze ścian głosił NO SMOKING. No, nawet gdybym już dawno nie rzucił nałogu, zapalić po pokonaniu tych schodów chyba by mi się nie chciało. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że znajduję się kilka, może nawet kilkanaście metrów pod poziomem wody. To robi wrażenie! Podniosłem głowę, sklepienie było baaaardzo wysoko. Na tle ciemniejącego nieba wjeżdżała właśnie do ładowni kolejna suwnica. Ciekawe, stąd wydawała się całkiem niewielka!

Jak dowiedziałem się od kierownika załadunku, początkowo zaskoczonego pojawieniem się nieproszonego gościa, jej celem była daleka Australia. Zleceniodawca raczej nie będzie miał nic przeciwko, bym fotografował – zawyrokował szczęśliwie dla mnie. I tak powstały te zdjęcia. A byłoby ich więcej, gdyby nie późna godzina. Ostatnią fotkę cyknąłem więc punkt 17.00, po czym rozpocząłem drogę powrotną. Nie będę jej opisywał ze szczegółami. Dość powiedzieć, że metoda „wszystko tak samo, tylko w odwrotnej kolejności” okazała się kompletnym fiaskiem. Gdy udało mi się wyjść z szybu na światło dzienne, znajdowałem się nie na pokładzie, tylko dwa piętra nad nim, u podstawy statkowych dźwigów. Niby nic, jednak te dwa piętra dały mi w kość. Kursowałem tam i z powrotem przez dłuższy czas, a wyjścia jak nie było tak nie ma! Już myślałem, że przyjdzie mi wyruszyć do Australii, gdzie znajdą moje wynędzniałe zwłoki (albo i nie znajdą), szczęśliwie w końcu stało się inaczej. Przysięgłem jednak sam sobie, że już nigdy więcej nie będę telepać się po nieznanym mi statku bez przewodnika.

Do domu dotarłem wreszcie z masą zdjęć, usmarowaną kurtką, butami i rękami, których nie mogłem domyć oraz sporym spóźnieniem, czyli z wyrzutami sumienia. Nawet nie próbowałem się tłumaczyć, że przecież w ładowni nie było zasięgu.

© Antoni Dubowicz  

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: