30październik2020     ISSN 2392-1684

Wycieczkowiec z Monako – „Star Flyer”

00 DSC 5890-nb

Słowo wycieczkowiec kojarzy się wam z pewnoscia z wielkim, kilkunastpietrowym pływającym pudlem, w którym w ciasnych hotelowych pokoikach (ale z balkonem!) mieszka, bawi się i stołuje kilka tysięcy turystów, obsługiwanych przez rzeszę kelnerów, boyów i pokojówek. Macie rację, tak naprawdę wygląda znakomita większośc wycieczkowców.

Lecz bywa też inaczej.

Zacznijmy jednak od początku... czyli od Bobra. Czerwony „Bóbr”, płynący w Gdańsku w stronę wyjścia z portu to jeszcze nic nadzwyczajnego. Ale kiedy Bóbr zakręca w stronę basenu wolnocłowego, zaczyna być interesująco. Znaczy to, że władze portu znów usiłują ukryć jakiś ciekawy statek przed oczami shiploverów. Gęsta siatka na płocie oddzielającym basen od dostępnego Nabrzeża Ziółkowskiego (przy kapitanacie i starej latarni morskiej w Nowym Porcie) uniemożliwia im praktycznie fotografowanie (chociaż Henryk potrafi!!!)

Tego dnia ukryty był „Star Flyer”, jeden z najbardziej nietypowych wycieczkowców świata! Statek niewielki, zabierający na pokład zaledwie 170 pasażerów, ulokowanych w 77 eleganckich kabinach. Ale co w nim najbardziej zadziwia – „Star Flyer” jest żaglowcem! To piękna, cztermasztowa barkentyna, niosąca na masztach 3.365 m² żagla. Dla porównania - to więcej, niż na naszym „Darze Młodzieży” (3.015 m²)! Statek zbudowany został w 1991 roku w belgijskiej stoczni Scheepswerven van Langerbrugge w Gent dla mającego swą siedzibę w Monaco armatora Star Clippers SAM (Societé Anonyme de Monaco), należącego do niemieckiego Szweda Michaela Krafta. Kadłub z klasycznymi, długimi nawisami ma 70,30 m długości m.p., 92,0 m długości całkowitej (wraz z bukszprytem mierzy 111,57 m), 15,14 m szerokości i 5,60 m zanurzenia. Top masztu wznosi się 63 m nad poziom morza. Załoga liczy 74 osoby.

Jeśli tylko są na to warunki, „Star Flyer” pływa pod żaglami, podróż na nim jest więc czymś wyjątkowym, nieporównywalnym z innymi, klasycznymi wycieczkowcami. Pasażerowie ulokowani są, jak na żaglowiec, bardzo wygodnie, a nawet wręcz luksusowo, począwszy od dużych kabin z marmurowymi łazienkami i klimatyzacją (jeśli ktoś oczywiście uzna, że 8m² z piętrowym łóżkiem lub 11, a nawet 12m² z dwoma łóżkami dopchniętymi do ścian i z wąziuteńkim przejściem między nimi to dużo), poprzez elegancko urządzoną restaurację aż do biblioteki, w której, siedząc przed kominkiem, można poczuć się jak w ekskluzywnym angielskim prywatnym klubie.

Wyłożone drewnem teakowym pokłady zapraszają do lenistwa pod słonecznym, niebieskim niebem, ochłodzic zaś można się w jednym z dwóch otwartych basenów lub w jednym z dwóch barów / położonym wewnątrz statku Piano Bar lub leżącym na pokładzie Tropical Bar.

Jak widzicie z opisu, Star Flyer pomyślany jest bardziej do podróży na ciepłych wodach Morza Sródziemnego lub Karaibach. Tam też spędza większość dni swoich, sporadycznie tylko odbywając rejsy po Morzu Północnym lub Bałtyku. Nie było więc w Gdańsku widać pluskających się gości w otwartych basenach, pasażerowie odziani byli raczej stosownie do naszych warunków pogodowych, czyli w swetry i kurtki. Wiała bowiem świeża bryza, co pozwoliło jednak statkowi na wyjście pod żaglami. No, prawie pod żaglami, ale trzeba sie naprawdę dobrze przyjrzeć, żeby dostrzec cienką smużkę spalin, wydobywającą się z wierzchołka ostatniego masztu.

I tak oto „Star Flyer” znalazł się na wodach Zatoki i pożeglował w stronę Helu, ginąc nam za falochronem. Chwilę później zaś wrócił do portu asystujący mu przy wyjściu czerwony „Bóbr”, zamykając tę klamrową kompozycję.

Warto dodać, że „Star Flyer” nie jest jedynym żaglowcem w wycieczkowej flocie rodem z Monako. Drugim jest bliźniaczy „Star Clipper”, a najmłodszym i jednocześnie najstarszym jest trzeci z nich –„Royal Clipper”. Najmłodszy, bo wszedł do służby w roku 2000, a najstarszy, ponieważ „poczęto go” jeszcze w latach 80-tych. Co ciekawe, u nas, w Gdańsku! Jest on bowiem ucieleśnieniem bajki o brzydkim kaczątku. Zaprojektowany przez słynnego Zygmunta Chorenia statek miał nazywać się „Gwarek” i wozić spracowanych górników na morski wypoczynek pod żaglami! Nigdy jednak do tego nie doszło. Przyszły nowe czasy, niedokończony i już nikomu niepotrzebny kadłub odstawiono w kąt stoczniowego basenu, gdzie rdzewiał przez siedem długich lat, czekając na nieuchronny koniec. Zamiast tego zdarzył się jednak cud i górniczy „Gwarek” przepoczwarzył się w elegancki „Royal Clipper”, największy żaglowy wycieczkowiec świata .

Ale to już inna bajka. Może opowiem ją wam innym razem.

© Antoni Dubowicz

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: