25wrzesień2020     ISSN 2392-1684

„Sea Cloud II” w Gdańsku

00 20

Co, sprawdziliście zapowiedziane wejścia wycieczkowców i wiecie, że „Sea Cloud” wcale do Gdańska nie przypłynie? Macie rację, nie zobaczymy go w tym roku w żadnym z naszych portów (chyba, że się coś zmieni), ale bywało też inaczej. Nie dalej jak w ubiegłym sezonie ten piękny, oryginalny wycieczkowiec pod żaglami gościł bowiem w Gdańsku. Wprawdzie tylko raz, w czwartek , 17 lipca, ale to wystarczyło, by został przy wejściu do portu „złapany” przez Henryka Żelaznego i „ustrzelony”. Niejednokrotnie już pisałem, że na Henryku jak na Zawiszy – zawsze można polegać. Sprawdziło się to i tym razem!

Wejście „Sea Cloud II” zapowiedziane było na godzinę 10;00, ale biały kadłub żaglowca pojawił się przed główkami wejściowymi już kwadrans po ósmej. Osiem minut później znikał już jednak za zakrętem, minąwszy Nabrzeże Ziółkowskiego (przy którym, według pierwotnych zapowiedzi, miał zacumować) i odszedł w głąb portu. Na wysokości przeprawy promowej Wisłoujście obrócił i stanął przy Nabrzeżu Westerplatte, praktycznie niewidocznym i zupełnie niedostępnym dla wszystkich mieszkańców, ciekawskich, shiploverów i shipspotterów. Stał tam przez kilka godzin, by opuścić Gdańsk około 18:00.

Publikowane przez nas dzisiaj henrykowe zdjęcia dotyczą więc tych ośmiu zaledwie minut.

Trzymasztowy żaglowiec, otaklowany jako bark (tzn, że pierwsze dwa maszty wyposażone są w żagle rejowe, ostatni w żagiel gaflowy), należy do hamburskiego armatora Sea Cloud Cruises GmbH. To statek dość nowy, zbudowany w stoczni Astilleros Gondan S.A w Asturii (Hiszpania). Wodowanie odbyło się 18 marca 1999, jednak problemy z wyposażeniem wnętrz sprawiły, że roboty zakończyły się dopiero w końcu stycznia 2001 roku. Okazuje się, że niedotrzymywanie terminów nie jest wcale wyłączną domeną naszych stoczni. Znaczy, w przypadku naszych, należałoby bardziej powiedziec – nie było!

Pozostając jednak przy „naszych” – koniecznie powiedzieć też trzeba, że komplet żagli, 23 sztuki o łącznej powierzchni 3.000 m², uszyto właśnie w Polsce. Terminowo!

Chrzest „Sea Cloud II” odbył się 6 lutego 2001 w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Kanary to zresztą główny teren rejsów wycieczkowych tego ***** żaglowca. Pięć gwiazdek za komfort, serwis i kuchnię przyznano mu w „Berlitz Guide To Cruising & Cruise Ships”. Innym akwenem, na którym żaglowiec się pokazuje, jest rejon Morza Śródziemnego. Zawinięcie w bardziej północne regiony świata należy do rzadkości, Gdańsk może więc pod tym względem czuć się wyróżniony.

Wracając do nazwy – „Sea Cloud II” sugerować moze, że żaglowiec jest statkiem bliźniaczym lub następcą pierwszego „Sea Cloud”. Nic bardziej mylnego. „Sea Cloud”, zwany też „Sea Cloud I”, zbudowany w 1931roku na zamówienie amerykańskiego multimilionera Edwarda Francisa Huttona jako „Hussar V” największy i najbardziej luksusowy (i najdroższy oczywiscie) jacht na świecie prowadzi własne życie i ma się świetnie. Szkoda, że nie jest to miejsce, by zająć się pasjonującą historią tego żaglowca, powiedzmy więc tylko, że do floty Silver Cloud Cruise trafił w 1994 roku. „Silver Cloud II” w nazwie „naszego” statku oznacza po prostu, że to drugi statek o tej samej nazwie. Jak to zwykle bywa, armator wycieczkowca jest wprawdzie niemiecki, ale flaga na nim powiewa inna. W tym wypadku maltańska.

Całkowita długość „Sea Cloud II“ wynosi 106 metrów, największa szerokość 16, zanurzenie 5,70 metrów. Wierzchołek najwyższego maszt (bezanmasztu) wznosi się 57 metrów nad pokładem. Obsługa żagli jest, jak kiedyś, wyłącznie ręczna, jak na żaglowcach szkolnych. Takie było życzenie armatora. Trzy z pięciu pokładów są pokładami ciągłymi. Na najniższym znajduje się kuchnia, a także pomieszczenia pomocnicze i załogowe. Pokład „kabinowy” nad nim mieści, oprócz kabin oczywiście (12-20 m², każda z tv, sejfem, dwoma łóżkami, łazienką z kabiną prysznicową, WC i marmurowymi umywalkami z pozłacaną armaturą), także saunę, pomieszczenia fitness oraz pomocy medycznej. Jeszcze wyżej, na „Promenadendecku” znajduje się recepcja, restauracja, boutique i 18 apartamentów 23 m² (Juniorsuite), z nieco większymi łazienkami i bardziej luksusowym umeblowaniem. Kabiny te nie mają balkonów, tylko duże okna, wychodzące na otwarty, zajmujący nieomal 2/3 długości statku ganek z wyciętymi nad nadburciem podłużnymi otworami. Widać je doskonale na henrykowych zdjęciach.

Na pokładzie głównym, zwanym też „Lido” umieszczono bar, lounge, bibliotekę i dwa duże apartamenty (Owner Suite), mające po 27 m² i jeszcze bogatsze wyposażenie, m.in. łóżka z baldachimem (Himmelbett) oraz łazienki z wanną i oddzielną kabiną prysznicową. Pokład za mostkiem (sterówką) pełni rolę pokładu słonecznego. Do komunikacji między pokładami służy m.in. duża winda towarowa.

Na statku nie ma wprawdzie basenu, ale na rufie znajduje się za to ruchoma, wysuwana platforma, umożliwiająca chętnym pasażerom uprawianie sportów wodnych bezpośrednio w morzu.

W kabinach i suitach ulokować można maksymalnie 96 pasażerów. Wszystkie pomieszczenia na „Sea Cloud II” są klimatyzowane, dodatkowo w kabinach pasażerskich można regulować temperaturę wg. życzenia.

W przedziale maszynowym znajdują się dwa silniki Krupp Mak 8 M 20, każdy o mocy 1.240 kW przy 900 obrotach. Poprzez skrzynię biegów napędzają one jedną nastawną śrubę, pozwalając na osiągnięcie maksymalnej prędkości 13 do 14 węzłów. Manewry wspomaga umieszczony na dziobie ster strumieniowy.

Osiem grodzi wodoszczelnych poniżej pokładu głównego zapewnia statkowi bezpieczeństwo w razie awarii, wypadku lub nawet większej katastrofy (przy czym zarówno na Karaibach, jak i na Morzu Śródziemnym prawdopodobieństwo zderzenia z górą lodową jest raczej niewielkie). Załoga „Sea Cloud II” składa się z 63 osób.

Jak można się domyśleć, rejsy tym jachtem (tak nazywa go armator) nie należą do przesadnie tanich. Za 4-dniowy „kulinarny rejs” z Portsmouth do Hamburga z jednogwiazdkowym kucharzem Sebastianem Prüßmannem ze Stuttgartu w czerwcu tego roku trzeba wybulić od 2.045 euro za najtańszą dwuosobową kabinę kategorii F do 3.525 euro za „Owner-Suite” . Od głowy rzecz jasna. Za wypady do Ostendy i Amsterdamu, w których statek się po drodze zatrzymuje, pobierane są oczywiście dodatkowe opłaty, podobnie jak za transfer i przelot do lub z Frankfurtu (od 555 euro).

Ale dla prawdziwego shipspottera wszystko to nie ma przecież najmniejszego znaczenia! Ważne jest wyłącznie to, co się „ustrzeli”. Delektujmy się więc strzałami Henryka!

fotografie: © Henryk Żelazny 2014

tekst      : Antoni Dubowicz /nb 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież