Lodołamacze w Przegalinie

00 Mors 01

Na końcu świata niedziela może zdarzyć się równie dobrze w sobotę. Tak było przedwczoraj, w ostatnią sobotę stycznia 2014 roku. Właśnie sobota była dniem wolnym od pracy.

Dzień taki wyobrażamy sobie różnie, często widzimy siebie jako typa bardzo aktywnego i atrakcyjnego, tak naprawdę jednak w większości wypadków spędzamy go gnuśnie i leniwie, leżąc brzuchem do góry przed telewizorem, wstając z wielkim trudem zaledwie kilka razy - na zasłużony obiad, przygotowany przez zahukaną małżonkę, na spacer do lodówki po kolejne piwo, które musimy w siebie wlać i jeszcze raz (lub dwa, lub trzy) po to, aby je z siebie wylać. Słowem, dzień spędzamy w rodzinnym kręgu, w ciepełku domowego ogniska.

Na wspomnianym „końcu świata” wolna sobota nie oznaczała jednak domowych pieleszy, tylko niezbyt wygodną kabinkę lodołamacza, a sam „koniec świata” to Przegalina, miejsce pomiędzy Martwą Wisłą a przekopem Wisły. Kiedyś były tu dwie śluzy. Dzisiaj jeden przepływ jest zasypany, nad drugim od paru lat jest piękny most zwodzony. Właśnie tam, na dopływie do śluzy od strony przekopu wybrano miejsce zimowego postoju lodołamaczy, udrożniających ujścia Wisły od spiętrzającej się kry. Piszę – ujścia, ponieważ na Wiśle są aż trzy: ujście Martwej Wisły (Port Gdański), ujście Wisły Śmiałej (Narodowe Centrum Żeglarstwa), oraz ujście Przekopu Wisły (Świbno).

Miejsce jest przepiękne, czy latem czy zimą. W zimie można spotkać przelatujące kormorany. Niedaleko jest ich rezerwat. Latem nawet czaplę siwą. Przy samym ujściu człowieka raczej nie uświadczysz. Jeśli już, musi to być nasz wszędobylski Henryk Żelazny z nierozłącznym aparatem, a czasem i z wnuczką. Dla Henryka miejsce to jest miejscem bardzo specjalnym, ale pozwólcie, że tego wątku nie pociągniemy. Niech Henryk pozostanie autorem, nie tematem relacji.

W tym roku w Przegalinie cumują lodołamacze „Mors” i „Żbik” z Warszawy oraz „Lemur” i „Wydra” z Płocka. Przypętała się też jakaś pogłębiarka.

W sobotę pogoda była nienajgorsza, kra spływała bez przeszkód do morza – lodołamacze miały dzień wolny. Ale jako że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, więc załoga, w każdym razie jej część i tak zajmowała się kruszeniem lodu. Tyle, że indywidualnie, bez pomocy statku.

Foto: © Henryk Żelazny 2014

Tekst: HŻ /AD

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież