27listopad2021     ISSN 2392-1684

Wyzwolenie oczami dziecka - część 1

Współpracujący z nami od maja 2013 roku autor, pan Michał Sikora, jest rodowitym gdynianinem. Tu się urodził w 1934 roku, tu dorastał i tu spędził całe życie. Miasto zna więc od podszewki. Publikuje artykuły o Gdyni i Pomorzu na własnym blogu „Gdynia - w której żyję”, z którego pochodzi również poniższy tekst:

 

Wyzwolenie widziane oczami dziecka: Pierwsze szare dni wolności. Część 1.

Wyzwolenie przyszło na przedmieścia Gdyni w poniedziałek. Dzień od rana był szary, pochmurny, trochę zamglony i bezsłoneczny. Przyszli świtaniem – wychodzili z tej szarości jak zjawy, po cichu, skradając się. Że przyjdą wiedzieliśmy od dawna, a czekaliśmy na nich od jesieni. Tak, dokładnie od jesieni, gdy pojawili się pierwsi uciekinierzy z Prus Wschodnich. Za tymi uciekinierami, a może przed nimi – kto by dziś pamiętał szczegóły – dotarły do nas nocne odgłosy bijącej artylerii. Odgłosy te przypominały dudnienie pustej beczki toczącej się po kocich łbach. Dudnienie było coraz bliżej i bliżej, a uciekinierów było coraz to więcej. Tak, od tego czasu czekaliśmy na Ruskich z tygodnia na tydzień...

Dziwne to wszystko było i jakieś pokręcone. Bo dudnienie dochodziło od wschodu, później Rosjanie atakowali od strony Wejherowa, Redy i Rumi – a więc od zachodu, a przyszli z południa od strony Demptowa i Pustek Cisowskich. Tak przyszli od południa przez zalesione wzgórza.

Zeszli, a raczej spłynęli jak lawina. Było ich mrowie. Szli od świtu do godzin południowych. Falami. Jedna fala od drugiej oddalona o kilkaset metrów.

Nikt do nich nie strzelał, bynajmniej w ten poniedziałkowy ranek w naszym osiedlu. Byli więc bezpieczni, a mimo to szli ostrożnie, skradali się wręcz od sosny do sosny. Gdy zeszli w naszą dolinę, spenetrowali wszystkie opuszczone przez Niemców schrony i okopy. Tych schronów na skraju lasu były dziesiątki, mieli zatem co robić.

My od tygodni mieszkaliśmy dla bezpieczeństwa w jednym ze schronów. Nas też skontrolowali, ale pobieżnie. Niektórzy z nich prosili o wodę, więc mama dała im kawy zbożowej z sacharyną. Pili i szli dalej. Mówili mało. Pytali o Niemców i Ukraińców, dlaczego o Ukraińców nie rozumieliśmy.

Niemców nie było w naszym osiedlu ani śladu. Wycofali się wczoraj, czyli w niedzielę. Niemcy wycofując się szli gęsiego w kierunku Chyloni. Szli tak całe niedzielne popołudnie. Byli brudni, zmęczeni i obdarci. Nigdy poprzednio nie widziałem tak nędznych Niemców. Szli milczący, noga w nogę dźwigając z wysiłkiem swoją osobistą broń i te sławne „Panzerfausty”. Wszyscy byli jednakowo zmordowani, zarówno zwyczajni żołnierze jak i oficerowie. Szli milczący, ze zgaszonym wzrokiem, a my również bez słowa patrzyliśmy na ten żałosny odwrót. Nie mieliśmy pewności czy odchodzą na zawsze, bo wyglądało to raczej na przegrupowanie oddziałów lub jakiś manewr. Wszystko odbyło się nadzwyczajnie spokojnie i bez paniki, nawet rosyjska artyleria jakby zaprzestała strzelać.

Prawdę mówiąc to wiedzieliśmy, że Niemcy odejdą. Dzień wcześniej, czy później, dla nas co pod ich rządami przeżyliśmy ponad pięć lat nie miało żadnego znaczenia.

Od niedzielnego popołudnia do poniedziałkowego świtu byliśmy niczyi. Jedni już odeszli, a drudzy jeszcze nie przyszli, noc była spokojna bez strzelaniny, ale minęła bardzo szybko, a o świcie byli „oni”...

Przed ich nadejściem wyobrażałem sobie Rosjan jako doborowe wojsko. Bili przecież od kilku lat Niemców, ci mieli dobrą armię, więc Rosjanie musieli być lepsi, taki wniosek nasuwał się samorzutnie. Tymczasem zobaczyłem zwyczajnych, brudnych i zaniedbanych żołnierzy. Ich uzbrojenie też było przeciętne, może trochę dziwne, ale zwyczajne.

Ubrani byli w dziwne watowane spodnie i kurtki, a obuci głównie w filcowe obuwie, chociaż po śniegu już dawno nie było śladu, a nocą przymrozki były niewielkie. Niektóre „mundury” były w strzępach. Sporadycznie widziało się krótkie lub bardzo długie, sięgające ziemi kożuchy. Zdarzali się żołnierze, którzy nosili cywilne ubrania, ale przepasane wojskowym pasem. Wszyscy mieli na plecach worki. To były jak się domyślałem ich plecaki. Wszyscy również mieli na głowach czapki, futrzane, ale ze sztucznego misia. Tylko niektórzy oficerowie mieli czapki z naturalnego futra. Tak, czapki mieli wszyscy, nawet ci najbardziej obdarci i brudni, chyba po to, aby móc salutować.

Broń też mieli jakąś dziwną, staroświecką czy co?...Niektóre ich karabiny były bardzo długie, inne zaś bardzo krótkie i w porównaniu z niemieckimi, były jakieś nieporęczne i toporne. Ich karabiny maszynowe, które nazywali „pepeszami” miały okrągłe magazynki, których u niemców się nie widziało.

Jedna jeszcze sprawa różniła ich zewnętrznie od Niemców. Rosjanie nie byli w ogóle zmęczeni, w każdym bądź razie zmęczenia tego nie było widać. Byli brudni, zaniedbani ale nie byli zmęczeni. Widać sił dodawały im odnoszone zwycięstwa.

Tak więc szło, a raczej skradało się to czujne, ale niezmęczone wojsko między drzewami, sprawdzało schrony i okopy aż wyszło na brzeg lasu, tu gdzie zaczyna się nasza kaszubska pradolina. Z wolna wypłynęli na pole, tuż obok cmentarza i posuwali się luźną tyralierą w kierunku zabudowań. Gdy znaleźli się w miejscu w którym dziś krzyżuje się ul. Owsiana z ul. Morską, wybiegli do nich trzej mężczyźni. Nie usłyszeliśmy okrzyków, ale po gestach poznać można było, że serdecznie witają przybyszy. My staliśmy całą gromadką na skraju lasu i obserwowaliśmy tę scenę.

Gdy biegnący z wyciągniętymi rękami mężczyźni znaleźli się blisko żołnierzy, ci nakazali im zatrzymać się, zrewidowali ich i wylegitymowali, a następnie jednemu z nich zabrali ręczny zegarek, a drugiemu zdjęli z grzbietu starą, wytartą kurtkę skórzaną. Staliśmy bez większego zdziwienia, bowiem kilka minut temu, mojemu szwagrowi również zdjęto z nóg jedyne buty. Już zaczynaliśmy rozumieć na czy polegać będzie wyzwolenie.

Cały czas przesuwała się tylko piechota, a później pokazali się radiotelegrafiści, którzy od drzewa do drzewa ciągnęli kolorowe druty kabli telefonicznych. Dopiero w południe przyjechała na skraj naszego lasu bateria dział. Były to trzy średniej wielkości armaty. Przyciągnęły je konie, zgrabne i dobrze utrzymane chyba z jakiegoś niemieckiego majątku. Radzieckie koniki, które już zdążyliśmy przed południem poznać, były małe, kosmate i przypominały wyrośnięte kozy.

Ciąg dalszy nastąpi...“

tekst: Michał Sikora  http://gdyniawktorejzyje.blogspot.de/2013/03/wyzwolenie-widziane-oczami-dziecka.html, 24 marca 2013 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Komentarze  

0 #1 Damroka 2013-06-17 22:00
Bardzo ciekawe, dziekuje. Czekam na dalszy ciag.
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież