27listopad2021     ISSN 2392-1684

Węglarz, szatornik i inni – czyli handel obwoźny na przedmieściu.

Współpracujący z nami od maja 2013 roku autor, pan Michał Sikora, jest rodowitym gdynianinem. Tu się urodził w 1934 roku, tu dorastał i tu spędził całe życie. Miasto zna więc od podszewki. Publikuje artykuły o Gdyni i Pomorzu na własnym blogu „Gdynia - w której żyję”, z którego pochodzi również poniższy tekst:

 

Węglarz, szatornik i inni – czyli handel obwoźny na przedmieściu.

Dziś stoją tam markety różnego rodzaju. Wtedy, a było to zaledwie ponad sześćdziesiąt lat temu, rozścielały się tam łany żyta, żółciły się pachnące pola łubinu, a wczesnym latem kwitły zagony kartofli.

Nasze osiedle na odległych przedmieściach Gdyni przypominało bardziej wieś, niż część portowego miasta. Brukowana ulica łącząca Gdynię z Rumią i dalej z Redą i Wejherowem była tylko jedna. Boczne uliczki były piaszczyste, dreptały po nich kury i bawiły się dzieci. Tu graliśmy w „piekło i niebo”, skakankę, dwa ognie i palanta. Tu też pod płotami, przycupnięci w piasku graliśmy „w noża”, a dziewczynki ustawiały swoje wózki z lalkami, czyli z pupami.

Samochód pojawiał się na ulicy Chylońskiej sporadycznie – raz, dwa razy na godzinę. Na naszych piaszczystych drogach nie widziało się go wcale. Tu tylko od czasu do czasu pojawiały się konne wozy. W lecie, w czasie żniw, jechały tędy z pól drabiniaste wozy z żytem. Jesienią fury wyładowane workami kartofli. A zimą, drogą koło cmentarza gburzy wozili drewno na opał lub okorowane dłużyce sosnowe na kolejową „ekspedycję” do Chyloni, gdzie później miesiącami leżały w stertach, czekając na dalszy transport. Zanim te obdarte „ze skóry” sosny dotarły na plac przy dworcu kolejowym, musiały odbyć dość długa drogę – najpierw krętymi leśnymi ścieżkami, później wąskimi drogami przez osiedle, a dopiero później główną ulicą. Dla koni i furmanów był to duży wysiłek – bo ciężar ładunku był znaczny, a jego wymiary utrudniały manewrowanie.

Dla nas, dzieciarni, takie wozy z sosnami były nie lada atrakcją. Wieszaliśmy się na końcu tych dłużyc, tuż przy powiewających czerwonych szmatach, przyczepionych zgodnie z drogowy przepisami na końcu ładunku. Furmani tylko głosem próbowali nas odpędzać od tych niebezpiecznych przejażdżek, bo zajęci kierowaniem końmi nie mieli możliwości dosięgnąć nas batem.

Jeszcze większą atrakcją były przyjazdy na nasze uliczki węglarza, handlarza ryb lub szatornika. Każda z tych atrakcji miała swoją specyfikę, bo też inny był towar i inny sposób jego sprzedaży. Najrzadziej przyjeżdżał węglarz. Głównie parę razy jesienią, bo takie było zapotrzebowanie mieszkańców, a raczej ich kaflowych pieców. W lecie jako opał „pod paletę” służył chrust, torf i szyszki zbierane w pobliskim lesie. Węgiel używano do zimowego ogrzewania, a i to nie zawsze. Często zastępowano go torfem lub drewnem liściastym głównie z wycinki, które potem cięto na klocki i łupano na drobne szczapki za pomocą siekiery.

Tak więc, węgiel kupowano u węglarza rzadko, jedną lub dwie „kipy”. Z wozu noszone w tych kipach przez węglarza bezpośrednio do szopki lub piwnicy. Taka jedna kipa mieściła około 50 kg węgla i tak ją liczono. Niekiedy węgiel ten dowożono „rolwagą” - czyli platformą na oponach. Wtedy na wozie była zwykle waga, którą ważono pierwszą kipę. Następne już liczono jak pierwszą, zważoną.

Częściej, bo prawie co tydzień, zwykle w czwartki, przed postnym piątkiem, przyjeżdżał wóz z rybami. Furman, który był równocześnie sprzedawcą, już z dala nawoływał klientów swoim donośnym wrzaskiem, modulując głos przeciągłym „rebe, rebe, rebe”. Gospodynie w fartuchach wychodziły przed płot, czekając na przyjazd wozu. Asortyment ryb był zwykle taki sam. Były pomuchle, flądry zwane też starnewkami, ale królował śledź, którego na wozie była przewaga. Czasami choć sporadycznie był kosz z deklem, pełen żywych węgorzy lub skrzynka pachnących dymem złocistych szprotek.

Gospodynie, które już wcześniej zaplanowały piątkowy obiad, podchodziły do wozu zdecydowanie, pytały o ceny, oglądały ryby zwracając uwagę na oczy i skrzela, a następnie kupowały 2 – 3 funty. Ryby ważono na wadze szalkowej, kładąc na jednej szalce towar, a na drugiej mosiężne lub żelazne odważniki, potem przesypywano je do przyniesionej przez klientkę miski lub pakowano w starą gazetę.

Dużą atrakcją dla nas dzieci był przyjazd szatornika czyli szmaciarza, skupującego stare szmaty i zniszczoną do cna odzież. Szatornik ogłaszał swoje przybycie ręcznym dzwonkiem i krzykiem – rymowanką: „szmaty kupuję, stare łachy”. Tu handel był wymienny, stare spodnie lub marynarka za nową miskę lub wiadro. Szmaty były ważone wagą sprężynową, a towar oferowany w zamian był rozwieszony na burtach wozu chyba dla zachęty. Makulatury szatornik nie kupował, tylko stare ubrania, a zimą nie jeździł. Jego pojawienie się oznaczało wiosnę i wiosenne porządki.

tekst: Michał Sikora, 19 marca 2013

 http://gdyniawktorejzyje.blogspot.de/2013/03/weglarz-szatornik-i-inni-czyli-handel.html 

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Komentarze  

0 #1 Damroka 2013-06-28 23:31
Bardzo ciekawy artykul. Jak zawsze zreszta :)
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież