23listopad2020     ISSN 2392-1684

150 / Wygasły „Wulkan” / Wyprawa „Nord”

00 DSC0013

Sprawa nieczynnej, pozostawionej na pastwę losu stoczni „Vulcan” w Szczecinie pojawiła się w lutowym Morzu z 1957 roku, bowiem:

…w pamiętnych dniach października 1956 roku Wybrzeże obiegła opowieść o zapomnianej, od dawna bezczynnej szczecińskiej stoczni „Wulkan” (pisownia oryginalna, artykuł tzw. „dyskusyjny” Wojciecha Jankowskiego). „…Wyobraźnia ludzka … opisywała gigantyczne, puste pochylnie, olbrzymie hale i dźwigi… Wkrótce stocznia urosła do rozmiarów symbolu złej gospodarki, błędów przeszłości…“ - z którą to opinią autor się w swoim artykule rozprawia. Władza bowiem nie popełnia błędów, co chyba jest jasne?

„…Obok „Odry” (jedynej czynnej wówczas stoczni szczecińskiej, cierpiącej na ciasnotę i potrzebującej kolejnych pochylni – przyp. red), tuż za wątłym płotem znajduje się zarośnięta gęstymi krzakami stocznia „Wulkan” … Niemcy budowali na niej wielkie transatlantyki pasażerskie i pancerniki o wyporności do 22.000 ton… Powstał wstępny projekt odbudowy „Wulkana” i włączenia go do produkcji „Odry” … „Opinia lokalnej prasy w tej sprawie była zgodna – oceniła ona projekt bardzo pozytywnie. Jedynie sporadyczne głosy przeciwstawiały się jego realizacji. Postanowiłem się z nimi zapoznać…” – stwierdził autor. No i zapoznał się. Zastanawiał się więc, „czy to się opłaca?”, a zakończył w „post scriptum”: „…Dziś lepiej jest, by (pochylnie Wulkana – przyp. red) stały bezczynnie i miasto to (Szczecin, znaczy) nie powinno budować na nich swej przyszłości…” Autor nie zapomniał oczywiście podkreślić, jak wielkim jest entuzjastą Szczecina i jak żywo obchodzą go sprawy jego mieszkańców.

Skąd my to znamy?

Artykuł „Wyprawa NORD” autor Mariusz Marynowski zaopatrzył w podtytuł „Polska KON-TIKI popłynie przez Bałtyk”. Jest to podnosząca na duchu, dość romantyczna historia o Andrzeju Urbańczyku, studencie chemii na Politechnice Gdańskiej, któremu przypadkiem zaświtała szalona myśl, by przepłynąć Bałtyk na tratwie – wzorem „Kon-Tiki” Thora Heyerdala. Do wizjonerskiego studenta przyłączyli się spontanicznie jego kolega, literat Andrzej Trepka oraz czterech dalszych. Byli nimi dr. Jerzy Fiszbach, kolega pomysłodawcy, inż. Stanisław Kostka, pracownik naukowy II Zakładu Fizyki Politechniki Gdańskiej oraz inż. Jerzy Sroka, zapalony żeglarz-amator.

„…Ambicją – i to piękną ambicją – uczestników wyprawy jest niekorzystanie z niczyjej pomocy przy pracach organizacyjnych i konstruktorskich. Zdają sobie sprawę, iż uzyskanie dotacji od władz morskich nie byłoby trudne ze względu na naukowe cele, jakie sobie stawia wyprawa… Badania naukowe? – zapytuje autor, by sam sobie odpowiedzieć: - …Obejmą one dość szeroki wachlarz zagadnień – od badania prądów na Bałtyku … aż do pomiarów zawartości złota promieniotwórczego w wodzie morskiej, czym zresztą ostatnio i „na lądzie” zajmował się inżynier Kostka…”

Lecz”…najważniejsze jest – skonkludował autor, że pięciu młodych ludzi chce wypróbować swe siły w ryzykownej bądź co bądź wyprawie, że chce zdobyć doświadczenie do innych, trudniejszych już przedsięwzięć, że szuka nowych wrażeń, odbiegających od utartych szablonów, że chce zaznać przedsmaku „Wielkiej Przygody”…”

Dziś wiemy więcej o tej „wielkiej przygodzie”. Wyprawa odbyła się faktycznie. 28 sierpnia 1957 (!) tratwa „NORD” wyruszyla z Łeby w kierunku Szwecji, by 7 września przy sztormowej pogodzie dotrzeć do wyspy Lilla Karlsoe. Śmiałków na tratwie było jednak tylko czterech, nie pięciu, a należeli do nich, oprócz Andrzeja Urbańczyka – inżynier radiotechnik Stanisław Kostka, lekarz Jerzy Fischbach oraz Czesław Breit, dziennikarz partyjnej „Gazety Krakowskiej”. „Niczyja” pomoc wyglądała zaś tak, że Lasy Państwowe podarowały sześć dziesięciometrowych pni świerkowych, Marynarka Wojenna uszyła żagle i wypożyczyła radiostację, PLO ofiarowało liny, sprzęt ratunkowy, dinghy oraz odsalacze wody morskiej, a krakowscy piekarze dorzucili dwa worki sucharów.

Andrzej Urbańczyk zasłynął jako nieustraszony żeglarz, podróżujący na jachtach po całym świecie, często samotnie z kotem Myszołowem. Mieszka obecnie w Kalifornii lub na morzu. Polskę opuścił trochę nielegalnie na początku lat 70tych, stąd niewielka o nim u nas wiedza. Tymczasem wpisany jest do Księgi Rekordów Guinessa jako światowy rekordzista w samotnych rejsach (ponad 75 000 mil morskich w samotności). Jako jedyny Polak przepłynął ponad 100 000 mil pod żaglami na wszystkich oceanach (więcej niż Krzysztof Baranowski). W samotnych rejsach spędził łącznie 750 dni. Jest autorem ponad 30 książek marynistycznych (informacje o nim zaczerpnąłem ze strony letniwiatr.pl z artykułu opublikowanego w marcu 2016)

00 DSC0013

01 DSC0015

02 DSC0014

03 DSC0016

04 DSC0017

Opracowanie: Antoni Dubowicz, luty 2017

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież