18październik2017     ISSN 2392-1684

Wywiad z pisarzem i latarnikiem – Karolem Kłosem cz. 2/3

Wywiad z Karolem Kłosem

Druga z trzech części wywiadu z pisarzem i latarnikiem Karolem Kłosem. Rozmawia Monika Śniedziewska – Lerczak „Latarnica”.

BEZ PASJI NIE MA ŻYCIA

Latarnica: Ilu latarników pracuje obecnie w Jastarni? W jakich godzinach w systemie zmianowym trwa jedna zmiana? I którą lubisz najbardziej?

Karol Kłos: W Jastarni pracujemy obecnie we troje. Razem z kierownikiem Leonem, oraz jego żoną Grażyną, tworzymy trio latarniane. W tym miejscu muszę nadmienić, że mam niewątpliwą przyjemność pracować z jedną spośród czterech polskich latarniczek. Koleżanka latarniczka motywuje mnie do bardziej wydajnej, owocnej pracy ku chwale ojczyzny i urzędu. Za wszelkie niedociągnięcia, które naturalnie mi się zdarzają, wstydzę się i rumienię.

Jedna służba trwa dwanaście godzin, dzięki czemu łatwo podzielić dobę na dwie zmiany. Jeżeli jednego dnia mam dzienny dyżur, to drugiego wypada nocka, a potem są dwa dni wolne, by zdążyć wypocząć. Takie obowiązują obecnie normy czasu pracy. Taki system oznacza, że nie ma miejsca na żadne nadgodziny. Jeżeli zachodzi konieczność wspólnej pracy poza swoim grafikiem, to potem po prostu bierze się wolne. Zostaje mnóstwo czasu na czytanie i pisanie książek. Oznacza to jednak również raczej średnie wynagrodzenie za pracę, bo lepiej płatne nadgodziny są zakazane.

Latarnica: Czy podczas twojej służby w Helu i w Jastarni pomagałeś brać udział w jakiejś akcji ratunkowej? Kiedyś o takiej opowiadała mi latarniczka ze Stilo pani Weronika Łozicka.

Karol Kłos: Tak, akcje ratownicze na morzu są bardzo spektakularne i niezwykle widowiskowe. Niestety, widownia zazwyczaj nie dopisuje, ponieważ akcje takie mają miejsce na morzu, daleko od lądu, najczęściej podczas pogody sztormowej i ograniczonej widoczności. Latarnik podczas takiej akcji nie wypływa w morze ani nie rzuca liny. Latarnik zostaje na latarni morskiej i korzystając ze znajdującej się na wyposażeniu radiostacji UKF może pośredniczyć w nawiązywaniu łączności radiowej pomiędzy załogą statku wzywającą pomocy a służbami ratowniczymi.

Pamiętam doskonale taką akcję ratunkowa. Na jachcie płynącym nocą podczas silnego wiatru zdarzył się wypadek. Niedoświadczony marynarz zapragnął dodać sobie odwagi przy pomocy przemyconego na pokład alkoholu. Potem śpiewając piosenkę o ukochanej dziewczynie oczekującej go w zacisznym porcie, a właściwie dziewczynach w wielu portach, skaleczył się bardzo groźnie w nogę, nabił sobie guza podczas upadku, a potem wypadł za burtę jednostki. Natychmiast ogłoszono alarm. Rozdzwonił się dzwon pokładowy, rozgwizdały się gwizdki bosmanów. Nawiązano łączność radiową z Polskim Ratownictwem Okrętowym, statkiem SARS stacjonującym we Władysławowie, a także ze śmigłowcem ratowniczym w Gdyni. Pośredniczyłem we wszystkich tych rozmowach. Z każdą minutą sytuacja stawała się coraz bardziej tragiczna. Zwiększyłem do maksimum moc swojego nadajnika, ponieważ huraganowy wiatr spychał statek coraz dalej od brzegu. W końcu jednak śmigłowiec wyłowił z wody feralnego marynarza. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Można było odpocząć.

Przepisy o łączności radiowej określają bardzo dokładnie obowiązki każdego radiooperatora. Korespondencja radiowa obwarowana jest ścisłą tajemnicą. Tajemnica dotyczy nie tylko treści korespondencji, ale także samego faktu jej istnienia. Oznacza to, że nie miałem prawa ujawnić żadnej informacji na temat tej akcji ratunkowej ani nawet wspomnieć, że miała ona miejsce. Inteligentne osoby zapewne już zrozumiały, że moja opowieść o ratowaniu marynarza była tylko fikcją literacką. Takie są właśnie realia i ograniczenia pracy w służbie morskiej.

Latarnica: Czy miewasz niespodziewanych gości w latarni lub na jej posesji – mam tutaj na myśli koty, psy, ptactwo czy inne zwierzęta leśne? Dokarmiasz je, fotografujesz? A może jest jakiś stały bywalec ze świata zwierząt w latarni jastarnickiej?

Karol Kłos: Jeżeli chodzi o te wszystkie miłe zwierzątka, które odwiedzają latarnika w jego samotni, to poza wiewiórkami, dzięciołami, wronami, wróblami, łabędziem, który zmarł podczas zimy stulecia obok latarni morskiej, wygłodzonego lisa, który przemykał pod płotem, a także zaprzyjaźnionej maciory ze stadem dorastających dzików mogę jeszcze wspomnieć o gnieździe szerszeni, które tego roku znaleźliśmy z Leonem w kratce wentylacyjnej. Byliśmy zmuszeni interweniować. To znaczy Leon interweniował. Ja uciekałem gdzie pieprz rośnie.

Latarnica: Śledząc twój profil na Facebooku widzę że jesteś zapalonym miłośnikiem słowa drukowanego. Nie tylko sam piszesz ale i nałogowo czytasz. Czy książki i czytanie zawsze było twoją pasją?

Karol Kłos: Książki pokochałem już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Gdy tylko nauczyłem się składać literki w słowa czytałem namiętnie wszystko co wpadło mi w ręce. Zwłaszcza dostępne wtedy powszechnie gazety, czyli takie wielkie płachty zadrukowanego papieru. Wyjaśniam, ponieważ dzisiejsza prasa czytana zazwyczaj w Internecie wygląda nieco inaczej. Moje czytelnicze osiągnięcia bardzo radowały kochających mnie rodziców, którzy pełni dumy podczas każdych odwiedzin krewniaków wołali do mnie:

- Karol, przynieś gazetę i pokaż cioci jak potrafisz czytać.

No więc czytałem, a wszyscy krewni się zachwycali. Gdy jednak prosiłem ich o cukierki, to tłumaczyli mi cierpliwie, że od cukierków psują się zęby, że nie mają pieniędzy, więc lepiej powinienem zająć się czytaniem zamiast naciągać uczciwych ludzi.

Później postanowiłem wydać swoja własną gazetę. Inteligentne i niezwykle błyskotliwe artykuły pisałem długopisem na kartce brystolu, żeby moja gazeta była bardziej trwała. Przesiadując ciągle w domu nad książkami, niechcący słyszałem rozmowy dorosłych. Chcąc się wykazać dojrzałością, wiedzą, mądrością, ba, nawet i nadzwyczajna dorosłością, poruszałem owe dorosłe tematy w mojej gazecie. Gdy zapisałem już wszystkie szpalty, niezwykle zadowolony z siebie pokazałem moje dzieło rodzicom. Czytali bardzo uważnie i chwalili mnie za genialne pomysły, zrozumienie skomplikowanej sytuacji politycznej, doskonałe recepty naprawienia socjalistycznej gospodarki. Moje ego rosło z każda pochwałę, z każda uwagą rodziców na temat ich dziecka. Właśnie wtedy zapałałem bezgraniczną miłością do dziennikarstwa. Jednak ze względów bezpieczeństwa, by moja gazeta nie ujawniła tematów poruszanych w naszym domu osobom niepowołanym, moja ukochana gazeta natychmiast po przeczytaniu wylądowała w piecu.

Latarnica: Wymień jednego, dwóch albo i trzech pisarzy których szczególnie cenisz lub ich konkretne utwory i powiedz co Cię w nich tak urzekło.

Karol Kłos: Cenię Jamesa Jojcea za horror czytelnika jaki stworzył swoją książką „Finangenów tren”. Ukazała się u nas 70 lat po jej publikacji, ponieważ stwarza tak wielkie problemy nie tylko tłumaczowi, ale również każdemu innemu czytelnikowi. Wciąż planuje dokończyć jej lekturę. Prawie nikt tej książki nie przeczyta do końca, a jednak jej autor od wielu już lat jest prawdziwym mitem literatury światowej, wyzwaniem dla znawców i badaczy, straszakiem studentów.

Cenię książki Williama Faulknera za ich niepowtarzalny nastrój, a autora za dotarcie na szczyt Parnasu pomimo przeciwności losu. Ponadto książki Wladimira Nabokowa, Mikołaja Gogola, Fiodora Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Orhana Pamuka oraz wszystkich pozostałych noblistów za niepowtarzalną okazję jaką mi dają do nauki pisania. Przy tej okazji wspomnę o tym, iż najwięksi pisarze świata nie byli pupilkami publiczności, nie byli pieszczochami wydawców ani czytelników, a jednak ich nazwiska utrwaliły się w historii literatury, znalazły się na świeczniku i świecą coraz mocniej. To napawa mnie nieustającą nadzieją.

Latarnica: Czy praca latarnika sprzyja nałogowemu czytaniu książek. Wiadomo z „Latarnika” Sienkiewicza, że zaczytanie może mieć zgubne skutki. Jak to wygląda u Ciebie?

Karol Kłos: W dzisiejszych czasach statki są wyposażone w nowoczesne systemy nawigacji satelitarnej, bardzo dokładne mapy, dobrą łączność z brzegiem czy innymi statkami. Latarnie morskie nadal istnieją, ale jako uzupełnienie tamtych środków, jako dodatkowe zabezpieczenie. Coraz częściej też latarnie morskie pełnią role inne, nie związane z bezpieczeństwem żeglugi, czyli stają się obiektami muzealnymi, punktami orientacyjnymi, miejscami działalności historycznej, kulturalnej, zabytkami budownictwa morskiego, techniki nawigacyjnej, a także bohaterami literackimi. Bezpieczeństwo w coraz większym stopniu zależy od urządzeń technicznych, a w coraz mniejszym od człowieka. Rozwój technologii umożliwia już dzisiaj tworzenie bezobsługowych obiektów nawigacyjnych. Taka jest przyszłość. Nasz kraj jest na to jeszcze zbyt ubogi, ale to przyjdzie.

| Część I wywiadu z Karolem Kłosem |     | Część III wywiadu z Karolem Kłosem |

Wywiad opublikowano za zgodą autorki, Pani Moniki Śniedziewskiej - Lerczak

Polecamy blog Pani Moniki - www.latarnica.pl

Źródło:

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież