14sierpień2018     ISSN 2392-1684

ASTORIA wychodzi w morze / część 2

00 DSC0597a

Gdańsk, 18 kwietnia 2018

Dochodzimy do nabrzeża Westerplatte. Wieziemy pilota na wychodzący z Gdańska wycieczkowiec „Astoria” – pierwszy w tym sezonie! Zaszczyt obsadzenia tego statku przypadł panu kapitanowi żeglugi wielkiej Pawłowi Idzikiewiczowi. Najpierw jednak musi on wyskoczyć, a w tym konkretnym wypadku raczej wspiąć się na nabrzeże, korzystając z pomocy wiszących przy pirsie opon i ręki czekającego cumownika.

Wszystko udaje się bez problemów, pilot zmierza więc pod trap „Astorii”, a my na „Pilocie-20” ustawiamy się pośrodku kanału portowego i czekamy. Dobra okazja, by wyjść na pokład i obfotografować wycieczkowiec z każdej strony. Oczywiście rzuca się w oczy klasyczna kiedyś, „krążownicza” rufa, zeszpecona w trakcie kolejnej przebudowy przez dodanie paskudnego ustrojstwa w kształcie wbitej w kadłub żelaznej, mięsistej, wielkiej "płetwy". Być może pomaga ona przeciwstawiać się nadmiernemu rozkołysowi statku na fali, są jednak z pewnością inne, elegantsze sposoby na zapewnienie stabilizacji.

O godzinie 14:19 zwolnione zostają pierwsze cumy, od nabrzeża zaś odchodzi gdański holownik „Taurus”. Przechodzi przez całą długość „Astorii” i podchodzi pod nawis rufowy, skąd przyjmuje rzutkę. A więc to on będzie odciągał rufę statku od nabrzeża, a później pomagał sterować przy wyjściu z portu. Nie jest to trudny manewr, droga wodna jest tu w miarę prosta, słynny „zakręt pięciu gwizdków” znajduje się nieco dalej w głębi portu, poza tym został już dawno tak przebudowany i złagodzony, że żegluga po nim nie przedstawia dzisiaj żadnych trudności. 

Kiedy „Astoria” odchodzi wreszcie od nabrzeża i rusza do wyjścia, nasz „Pilot” znajduje się przed jej dziobem. Załoga, widząc jak biegam po pokładzie, szukając najlepszych ujęć, włączyła się w pisanie scenariusza do zamierzonego reportażu, ustawiając pilotówkę to tu, to tam, z boku, z przodu, z tyłu, kręcąc się po torze, budząc zaciekawienie gości na wycieczkowcu, którzy coraz większą masą oblegają nadburcia otwartych pokładów widokowych. Machamy więc do siebie przyjaźnie, ja fotografuję ich, oni nas. Zebrani przed Kapitanatem ship spotterzy również mają dodatkową, nieoczekiwaną atrakcję.

Przypomnijmy, dzisiejsza załoga „Pilota-20” składa się z dwóch osób – szyprem jest pan Zdzisław Duszyński, a mechanikiem pan Edward Raczkowski. Przedstawiłem ich już w pierwszej części Morskich Kadrów tutaj: http://www.naszbaltyk.com/morskie-kadry-antka/3480-astoria-wychodzi-w-morze-czesc-1.html

Godzina 14:46, mijamy ostatni punkt, łączący nas ze stałym lądem, główkę czerwonej latarni na końcu Falochronu Wschodniego. Przed nami szeroka reda i tor wodny na otwarte morze. „Astoria” zmierza nim do następnego portu, zbliża się chwila, w której zostawi ją towarzyszący jej holownik. O, właśnie „Taurus” zabiera hol i odchodzi od rufy wycieczkowca. Jest godzina 14:49. Nadchodzi nasza kolej! Kończymy nasze teatralne zygzakowanie w kilwaterze „Astorii”, bierzemy się do rzetelnej roboty. Pora, by zdjąć pilota ze statku.

Żegnamy więc odchodzącego do Gdańska „Taurusa” i podchodzimy do „Astorii” od lewej strony, skąd zabierzemy pilota. Z daleka widać już otwartą furtę w burcie statku i zwieszającą się z niej kilkumetrową drabinkę sznurową. W fachowym języku mówi się na nią – trap, ale bądźmy szczerzy, drabinka sznurowa jest drabinką sznurową i taką pozostanie. My, szczury lądowe, nie musimy silić się na aż taką poprawność językową (a raczej niezrozumiały dla większości fachowy żargon).

Szyper wykonuje ostrożne manewry, by znaleźć się we właściwym miejscu we właściwej chwili i nie roztrzaskać ani pilotówki, ani wycieczkowca (kto wie, co dziś mały może zrobić dużemu w starciu na drodze!), ani też nie zrobić krzywdy pilotowi. Który to, o zgrozo, nie czekając na nas wyłania się z otwartej dziury w kadłubie i schodzi już po drewnianych szczebelkach, nie czekając wcale aż podejdziemy do burty! Już wisi na drabince jak dojrzały kabaczek (prawdę mówiąc – nie wiem, skąd mi się to porównanie wzięło), bujając się na niej kilka metrów nad poziomem wody. Nie ma czasu do stracenia, jeszcze się nam pan Paweł rozpędzi i będziemy mieli „człowieka za burtą”! Podchodzimy więc czym prędzej do drabinki - dokładnie w momencie, w którym pomost na pokładzie pilotówki osiąga poziom szczebelka, na którym pilot stawia właśnie stopę. Idealny timing! Pan Paweł, okazało się szczęśliwie, wcale jednak nie szedł ślepo na zatracenie, tylko przez cały czas obserwował nas kątem oka. Miał wszystko pod kontrolą. Jeden niewielki krok wystarcza więc teraz, by znalazł się na „Pilocie-20”. Na pożegnanie macha jeszcze stojącym na mostku oficerom (na zdjęciu widać dwie małe główki, śledzące bacznie jego zejście) i po kilku krokach jest już w kabinie „Pilota”.

Odchodzimy zgrabnie od burty wycieczkowca i po wykonaniu pięknego rysunku na wodzie obieramy kurs „do domu”. „Astoria” oddala się od nas coraz bardziej, stając się coraz mniejsza i mniejsza, podczas kiedy my mkniemy z powrotem do nabrzeża Ziółkowskiego.

Jeszcze tylko kilka słów w kabinie, wymiana adresów mailowych, i już. Powróciliśmy do punktu wyjścia. Tu zaczęła się moja przygoda, tutaj się też kończy. Wysiadam razem z pilotem, panem kapitanem Pawłem Idzikiewiczem. Już na brzegu, odwracam się jeszcze, by rzucić ostatnie spojrzenie na „moją” załogę. Żegnają mnie dwie uśmiechnięte twarze, należące do panów Zdzisława Duszyńskiego i Edwarda Raczkowskiego.

Mam nadzieję, że znów się kiedyś spotkamy! Kto wie, może niebawem?

© Antoni Dubowicz 2018

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: