27czerwiec2019     ISSN 2392-1684

Koński cmentarz

Flandern Pferde

Współpracujący z nami autor, pan Michał Sikora, jest rodowitym gdynianinem. Tu się urodził w 1934 roku, tu dorastał i tu spędził całe życie. Miasto zna więc od podszewki. Publikuje artykuły o Gdyni i Pomorzu na własnym blogu „Gdynia - w której żyję”, z którego pochodzi poniższy tekst, uzupełniony przez nas o wstrząsającą fotografię tytułową.

Koński cmentarz

O ile wiem, na temat tego cmentarza dotąd nie pisano. Przed paroma laty W. Kwiatkowska i jej córka M. Sokołowska wydały książkę o gdyńskich cmentarzach, ale ta dotyczy cmentarzy „ludzkich”. O cmentarzu „końskim”, jak dotąd nie pisano. A wiedzieć wypada, że w wiosennych walkach o wyzwolenie Gdyni w 1945 roku obok ludzi ginęły też – i to masowo – konie. Brało się to z tego, że obaj przeciwnicy w działaniach wojennych korzystali z koni. Konie ciągnęły działa, dowoziły na linię frontu amunicję i prowiant, odwoziły do szpitali polowych rannych itd.

W czasie bezpośrednich wojennych działań – nalotów, artyleryjskiego ostrzału i przy użyciu broni ręcznej i maszynowej – słowem zawsze wtedy, gdy ludzie korzystali ze schronów i okopów – konie pozostawały na odkrytym terenie (najwyżej w płytkich, ziemnych okopach bez przykrycia), gdzie raziły je pociski i odłamki. W tym stanie rzeczy, w miarę nasilania się walk, końskich trupów przybywało w zastraszającym tempie.

Leżały one wszędzie. Na miejscach gdzie raziła je śmierć. Na placach i ulicach, na chodnikach i jezdniach, na podwórkach i polach, na obrzeżach lasu i na terenie portu, w śródmieściu i na osiedlach... Jeszcze trwały walki na Kępie Oksywskiej, gdy ocalali w mieście gdynianie spontanicznie przystąpili do uprzątania końskiej padliny. Kwiecień 1945 roku nie był wprawdzie ciepły, ale już czuć było miejscami mdlący, słodkawy odór rozkładającej się padliny. Do jej grzebania wykorzystywano leje po bombach i pociskach, okopy i opuszczone schrony, a nawet nierówności terenu. W przeważających przypadkach zabite konie grzebano na miejscu, bądź w niewielkiej odległości ich padnięcia. Chodziło o pośpiech, o to, aby zdążyć przed letnimi upałami. Poza tym dysponowano tylko łopatami, a to określało „technologię” grzebania. Sporadycznie korzystano ze szwendających się „bezpańskich” koni. Wtedy padlinę przywiązywano liną za tylne nogi i koń wlókł swojego martwego „towarzysza” do najbliższego dołu.

Tak było na początku i tak było na przedmieściach. Nieco później, gdy utworzyła się Milicja Obywatelska, końskie „pogrzeby” nabrały bardziej zorganizowanego charakteru. Poza ochotnikami, do prac tych pędzono pozostałych w mieście cywilnych Niemców. Dla śródmieścia wyznaczono miejsce na koński cmentarz – na terenie starej cegielni (dzisiaj jest w tym miejscu centrum handlowe „Riviera”). Konie grzebano w płytkich grobach, które zasypywano piaskiem z urwiska. Świadkowie twierdzą, że padliny tej było setki sztuk. Teraz, po latach, tylko nieliczni mieszkańcy naszego miasta pamiętają, że w miejscu tym znajduje się wojenny, koński cmentarz.

© Michał Sikora, 27 października 2014

 http://gdyniawktorejzyje.blogspot.de/2014/10/konski-cmentarz.html

foto: 1917, na polach Flandrii, autor nieznany, źródło: snow-mountain.ch

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież