19czerwiec2019     ISSN 2392-1684

119 / Morskie marzenia

00 nb

Wiele miejsca w marcowym numerze „Morza” w 1986 zajmowały marzenia. Redaktor naczelny wspominał we wstępniaku odbytą kilka lat wcześniej swoją rozmowę z kapitanem Baranowskim o wątpliwościach co do sensu istnienia „Szkoły pod żaglami”. Kapitan Baranowski odpowiedział wtedy, że przecież nie wolno odbierać młodzieży prawa do marzeń, czym przekonał redaktora. „...Życie bez marzeń staje się bowiem bezbarwne i nie ma wtedy w ludzkim działaniu znaczącego postępu...”

Takim marzeniem był w marcu 1986 projekt wielkiej przystani promowej u ujścia Wisły Śmiałej do morza, jako punktu początkowego (lub końcowego, jak kto woli) Transeuropejskiej Autostrady Północ – Południe (TAPP). Sprawę opisał redaktor Marek Perzyński w artykule „Na północnym krańcu TAPP”.

Z kolei marzenia w sferze edukacji morskiej społeczeństwa wyrażone i realizowane być miały w ramach rzuconego przez redakcję hasła „ Rok Morski w Szkole”. Hasło podchwyciło nawet Ministerstwo Oświaty i Wychowania i wspólnie z Ligą Morską zaczęło realizację programu, nazwanego jednak „Rok Morski w Oświacie”. Nazwę zmieniono, jak pisało MORZE „... licho wie po co, bo to nie jest to samo, a przede wszystkim – nie brzmi tak samo mocno...”.

Z powyższym wiązało się inne, bardziej szczegółowe marzenie o budowie następcy sypiącego się już wtedy harcerskiego żaglowca „Zawisza Czarny”. MORZE wyrażało nadzieję, że sami harcerze mogliby pracą społeczną zdobyć część kwoty, potrzebnej na zbudowanie nowego żaglowca – resztę zaś dołożyłoby chętnie społeczeństwo.

Jak wiadomo, marzenie to, podobnie jak przystań promowa na Wiśle, nie spełniło się. Zawisza jest dzisiaj wprawdzie o kolejne 30 lat starszy, ale nikt już nawet się nie zastanawia, co będzie potem.

Kolejne marzenie, jak wierzono, wcale nie takie trudne do realizacji, to budowa ekonomicznego i nowoczesnego statku wycieczkowego z napędem głównym w postaci zmechanizowanego ożaglowania dla mniej więcej 200 pasażerów. Autorem projektu był Zygmunt Choreń, MORZE zaś było jego najgorętszym orędownikiem. W roli sponsorów i finansistów wyobrażano sobie spółkę akcyjną, założoną przez związki zawodowe, „Orbis” i zakłady pracy, w tym głównie kopalnie. Była już nawet nazwa statku: GWAREK.

Powiedzmy od razu, to marzenie się ziściło, ale zupełnie inaczej. GWARKA udało się nawet w Gdańsku zwodować, ale w związku z kryzysem stoczni i systemu wszelkie dalsze roboty na nim wstrzymano. Jak wyglądało - na zawsze. Kadłub w stanie surowym dogorywał przez lata w jakimś zapomnianym kącie Stoczni Gdańskiej i trafiłby niechybnie na złom, gdyby nie zdarzył się cud. Z górniczego, przaśnego Gwarka zrodzł się luksusowy i ekskluzywny Royal Klipper, największy dzisiaj żaglowy wycieczkowiec świata. Historia jak z bajki o brzydkim kaczątku. Widać, cuda się zdarzają i warto w nie mocno wierzyć.

Innym, zdecydowanie bardziej prozaicznym marzeniem marynarzy było załatwienie drobnych na pierwszy rzut oka bolączek portowych, których przez poprzednich czterdzieści lat załatwić nie można było. A były to po prostu takie sprawy, jak „...części zamienne, podłączenie telefonu na czas postoju statku w macierzystym porcie, odbiór butelek po piwie... czy też ... prąd elektryczny. „Prąd z kei” napisał i ilustrował Henryk Mąka.

To jedno marzenie udało się w pełni zrealizować, prąd oferuje dziś każde nabrzeże, każda przystań jachtowa, a nawet każde jako tako ceniące się pole campingowe czy namiotowe.

Co nie znaczy, że nie ma już dziś bolączek i marzeń. Może nawet są większe, niż wydawałoby się w 1986 roku za możliwe.

00 nb

01 nb

02 nb

03 nb

04 nb

Opracowanie: Antoni Dubowicz, marzec 2016

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież