25październik2020     ISSN 2392-1684

Wielkie holowanie - „Ceona Amazon” opuszcza Gdynię (2)

100 DSC 9014-nb

Główki wyjściowe na falochronie gdyńskiego portu minęliśmy o 18.31. Po wewnętrznej stronie został „Centaur”, którego rola była już skończona. Spojrzałem za nim. Wyglądał ładnie z zielonymi żurawiami portowymi w tle. Widok ten byłby jeszcze lepszy, gdyby nie szpecił go paskudny wieżowiec Sea Towers, postawiony na skraju Basenu Prezydenta. Jakoś nie wierzę, że prezydent Mościcki (bo to jego imieniem basen ten nazwano) byłby tym paskudztwem zachwycony. Był to człowiek bardzo kulturalny i z całą pewnością obdarzony był wysublimowanym poczuciem estetyki (miało się kiedyś mężów stanu!).

Wróćmy jednak do rzeczy. Przy główkach wejściowych wyprzedził nas „Pilot 5” i pognał w morze, nasz zaprzęg zaś płynął dalej w kierunku gdyńskiej redy. Kilka minut później nadszedł czas na zwolnienie holu. Zgrabnie przejęliśmy grubą linę, łączącą nas do tej pory z wielkim, bezwladnym kadlubem statku, po czym wykręciliśmy za jego rufą i zaczęliśmy zbliżać się do wiszącej na jego prawej burcie drabinki, aby zdjąć z „Ceony” pracowników WUŻu. Od tej pory „Bugsier 10” będzie musiał sam sobie radzić z dalszym holowaniem.

Na „Ceonę” poszedł komunikat, by przed opuszczeniem statku nie zapomnieli rzucić czerwonej bojki. W ferworze akcji nie pomyślałem o tym, by zapytać, dlaczego? Wertowałem potem długo w przepisach żeglugowych, szukając tych, dotyczących oznaczeń statków podczas holowania, ale o czerwonej bojce za rufą nie znalazłem ani słowa. Musi to jednak mieć znaczenie, skoro słowa kapitana potwierdzono, zanim załoga zaczęła gromadzić się przy zaczepionej na wysoko wznoszącej się nad nami krawędzi burty drabince.

Raz, dwa, trzy... naliczyłem na burcie sześć drelichów w żółtych kaskach i jednego cywila w ciemnych okularach. Uprzedzając fakty – to nie był agent CIA, tylko pilot. Opuścił pokład jako jeden z ostatnich i zszedł nie na „Herosa”, tylko na kuter pilotowy. Najwyraźniej podczas holowania na „Ceonie” nie będzie żadnej załogi. Także i to jest z pewnością uregulowane jakimś przepisem, którego nie znam.

Schodzenie ze statku po zrzuconej z burty, długiej na kilka pięter sznurowej drabince nie należy chyba do codziennych zajęć pracownika portowego, szczególnie gdy dzieje się to na morzu, a stateczek, na który schodzimy, „trzyma się” drabinki tylko na słowo honoru. Że może być różnie, okazało się przy trzecim chyba z kolei panu, który znajdował się już w połowie drogi, kiedy „Heros” odskoczył nagle z niewiadomych przyczyn od burty „Ceony”, pozostawiając nieszczęśnika zawieszonego pomiędzy niebem a wzburzoną taflą morza. Wyobrażam sobie, jak on się musiał poczuć! Skończyło się jednak na strachu, po krótkiej chwili „Heros” znów doszedłna styk do drabinki i przy asyście asekurujących przeskok kolegów także i ten żółty kask znalazł się bezpiecznie na pokładzie.

Obserwowałem tę akcję z aparatem przy oku i czułem, że im zazdroszczę. Chętnie zamieniłbym się z którymś z nich i sam znalazł się na tej drabince! Oczywiście tylko przy spokojnym morzu, bo zupelnie inaczej wyglądać to musi podczas złej pogody, na dużej fali i tańczącym na niej dziko holowniku.

Kiedy już wszyscy znaleźli się na „Herosie”, zniknęło wyczuwalne przedtem napięcie. Panowie zdjęli kaski, co poniektórzy zakurzyli i wyraźnie rozprężyli się wdając w pogawędkę o wszystkim i o niczym. O 18.45 od burty „Ceony” odeszła pilotówka i ruszyła w drogę, by obskoczyć jeszcze kilka innych znajdujących się w pobliżu statków, my zaś wzięliśmy kurs powrotny. Krótko przed wejściem do portu udało nam się dogonić wracający skądś flagowy, wielozadaniowy statek Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa (SAR) „Kapitan Poinc”. Przy samych główkach wyprzedził nas po raz wtóry „Pilot 5”, tym razem wracający z morza.

Do nabrzeża doszliśmy dokładnie minutę po siódmej. Ledwie podaliśmy cumy, załoga zeszła z pokładu. Robota była skończona. Patrzałem przez chwilę za oddalającymi się pracownikami, po czym pożegnałem się z „Herosem” i także ruszyłem do domu.

Spędziłem na nim dokładnie 114 minut, niecałe dwie godziny. A wrażeń starczy mi na bardzo długo!

© Antoni Dubowicz 2014

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: