19sierpień2019     ISSN 2392-1684

Środa z gdańskim Pilotem / „Helmut”

00-DSC 0797-nb

Podczas, gdy piękna „Serenissima” obrała kurs na morze, my pognaliśmy na wschód, w stronę Portu Północnego. Miałem wrażenie, że płyniemy „co koń wyskoczy”, co oznaczałoby 428 koni* i jednego źrebaka, czyli moc 316 kW, gnieżdżących się pod pokładem „Pilota-21”. Jaką prędkość osiągnąć może taki tabun na wzburzonej wodzie Zatoki – mogę wam bez trudu powiedzieć – dużą!

I niech wystarczy wam fakt, że przy odrobinie większym tempie nie mógłbym już chyba ustać na rozedrganym i co rusz uciekającym spod nóg pokładzie. Nie byłoby więc ani zdjęć, ani tego reportażu!

Jest też faktem, że od chwili rozstania się z „Serenissimą” do momentu wejścia za falochron w gdańskim GTC (Głębokowodnym Terminalu Kontenerowym), momentu, w którym ukazał się nasz następny statek „do obskoczenia”, potrzebowaliśmy 13 minut. To odległość rzędu jakichś 8 km, co w przeliczeniu na mile morskie (bo jesteśmy przecież na morzu) oznacza około 4,3 Mm. Łatwo stąd obliczyć, że płynąć musieliśmy z prędkością ponad 17 węzłów!

Odległości, które przemierzać musi Pilot w Gdańsku są duże, bez porównania większe niż w Gdyni. Ogrom portu naprawdę czuje się dopiero z wody. Wszędzie jest daleko, bardzo daleko, zrozumiałem więc zaraz, dlaczego oprócz siedziby firmy „Gdańsk-Pilot” przy wejściu do „starego” portu jest jeszcze druga Stacja Pilotów w położonym na otwartym morzu Porcie Północnym. Gdyby nie ona, piloci spędzaliby większość dnia na dojazdach, lub też trzeba by podwoić ich liczbę.

Ale na pokładzie „Pilota-21” nie zastanawiałem się nad kwestią organizacji pracy pilotów, bardziej zajmowało mnie utrwalanie w aparacie tego, co się wokół mnie działo. Czekający na nas przy nabrzeżu kontenerowym statek był spory. Z daleka już rzucał się w oczy z racji czerwonych burt. Wielkie niebieskie suwnice przy jego burcie były jeszcze w ruchu. Widać, że armatorzy i porty nie mogą sobie dziś pozwolić na żaden przestój, praca trwa do ostatniej chwili!

Punktualnie 0 13:58 dochodzimy do betonowego nabrzeża. Pilot, pan Jakub Szczerbiński wyskakuje po raz drugi w tym rejsie na ląd i udaje się na piechotę na czekający statek. A jest nim „Helmut”, takie imię figuruje na jego dziobie. Zanim jednak „Helmut” odcumuje, minie jeszcze pół godziny, 30 minut, w czasie których załadowane zostaną ostatnie kontenery i podniesione wysięgniki olbrzymich suwnic portowych.

Dla nas to czas wolny, przerwa na pogawędkę. Jest nas trzech, kapitan „Pilota” Jan Tywiński, mechanik Waldemar Koriat i ja – słowem, dość, by móc pogadać o wszystkim i o niczym, czyli na każdy temat, co, jak wiadomo, każdy Polak potrafi najlepiej.

O 14:38 pracownicy portowi zwalniają cumy i „Helmut” – bez pomocy holowników - odsuwa się powolutku od nabrzeża. To sygnał, że i na nas czas.

A także dobra okazja, by podać kilka informacji o „Helmucie”.

Zgodnie z przypuszczeniami, jest to statek niemiecki, pływa jednak pod flagą Cypru, a portem macierzystym jest Kingstown. To mnie wcale nie dziwi, cały świat bowiem pływa pod tanimi banderami. Armatorem jest jednak Jens & Waller GmbH & Co z niemieckiego miasta Stade. Firma ta ma dość długie tradycje w morskim handlu, już przed wojną bowiem Wilhelm Wallner posiadał statki handlowe. W ślady Wilhelma poszedł jego syn Dieter, rozpoczynając w 1958 roku marynarską karierę. W 1967 otrzymał patent kapitana, a w 1978 nabył pierwszy kontenerowiec. Dziś firmowa flota składa się wyłącznie z kontenerowców. Oprócz „Helmuta” są jeszcze bliźniacze jednostki „ Ruth” i „WEC Goya” (ex „Wilhelm”). Od 2005 roku Dieter Wallner prowadzi firmę wspólnie ze swoim siostrzeńcem, inżynierem Ulfem Jensem. Jest to więc kolejny rodzinny interes, jakich wiele.

„Helmut” zbudowany został w listopadzie 2006 w hamburskiej stoczni J. J. Sietas Schiffswerft GmbH & Co. KG i ma 133,44 m długości, 22,50 m szerokości i 8,71 m zanurzenia. Jego nośność (DWT) wynosi 11.000 ton, załadować może 868 TEU, czyli 868 kontenerów 20” (6-metrowych). Silnik MaK 9 M43 o mocy 7.950 kW pozwala na uzyskanie prędkości 18,5 węzła. „Helmut” posiada klasę lodową E3, a jego numer IMO to 935466, co można też przeczytać na rufie.

Ciekawostką jest, że na statkach armatora ze Stade można wybrać się na wycieczkę morską. To kiedyś było możliwe na prawie wszystkich statkach handlowych, z reguły miały one kabiny dla kilku lub kilkunastu nawet pasażerów. Dzisiaj jest to wyjątkiem. Praktycznie nie ma już żadnej alternatywy dla rejsu na dużym i drogim wycieczkowcu. Tym bardziej cieszy, że są jeszcze nieliczne firmy, oferujące taką możliwość. Rejs okrężny „Helmuta” z reguły trwa od jednego do dwóch tygodni – jeśli chciałby więc ktoś spędzić wakacje na morzu – ekskluzywnie i indywidualnie - niech zgłosi się do biura Frachtschiff-Touristik Kapitän Zylmann GmbH (www.zylmann.de).

My zaś na „Pilocie” zgłaszamy się na mostek „Helmuta”, aby ustalić, gdzie i z której strony statku mamy zdjąć z niego pana Jakuba. Wyruszamy w tempie, aby wyprzedzić manewrujący w basenie, obracający się dziobem ku wyjściu kontenerowiec i mkniemy w rozbryzgach morskich fal w morze, mijając po lewej burcie wysunięte głęboko w wody Zatoki pirsy i urządzenia Portu Północnego. Doszedłszy na wyznaczoną pozycję robimy zwrot o 180° i czekamy na idący kontrkursem statek. Jeszcze tylko piękny, czyściutko wykonany manewr lewo na burtę i już zbliżamy się do zwieszonego na lewej burcie „Helmuta” sztormtrapu. Podchodzimy ostrożnie prawą burtą pod drabinkę, pan Waldemar stoi na burcie w pogotowiu, gotów asekutować schodzącego pana Jakuba, który już wychyla się za burtę kontenerowca, obserwując nasze manewry. Siedem, osiem szczebelków w dół – i już stawia nogę na podeście na dziobie „Pilota-21”. Mamy go więc już na pokladzie! Wydaje mi się, że całą akcję ładnie „złapałem”, ale nie ma czasu na sprawdzanie zdjęć, już przyśpieszamy i odsuwamy się od czerwonego kadłuba „Helmuta”. Spoglądam przez chwilę za nim, po czym chowam się do kabiny, wygladając stamtąd następnego, a dla mnie głównego celu tej pracowitej środy. Kątem oka widzę, że w dość sporej odleglości idą w morze równolegle do nas holowniki gdańskiego WUŻu. Szykują się na spotkanie tego samego statku, do którego zmierzamy i my. Musi zaraz pokazać się przed dziobem. Na razie jednak przez zachlapane okna nie widzę nic oprócz wody.

Jest godzina 15:07, na „Pilocie” jestem już prawie dwie i pół godziny, a największa atrakcja stale jeszcze przede mną!

Napiszę o tym w następnej części.

© Antoni Dubowicz 2014

* konie, oczywiscie, mechaniczne

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Google BookmarksSubmit to Twitter

Komentarze   

+1 #3 TRÓJMIEJSKI 2014-11-24 21:07
CZEKAM NA KOLEJNE ODCINKI O ILE BĘDĄ !!!! FAJNIE , ŻE WAM SIĘ CHCE PISAĆ O MORZU I JE POKAZYWAĆ BEZ KOMERCJI, LOKOWANIA PRODUKTU.. CZYLI TAK JAK DAWNIEJ !!! POZDRAWIAM !!! KAZIU
Cytować
+2 #2 czytelnik 2014-11-24 07:39
:lol: :-)
Cytować
+2 #1 Damroka 2014-11-23 13:24
Zdjecia sa obledne!
Czekam na relacje z rejsu okreznego Helmutem.
Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: