30październik2020     ISSN 2392-1684

Pod słońce! (pilot obsadza kontenerowiec „Enforcer”)

19 DSC 0334 nb

Tego dnia zapowiadał się „modelowy” zachód słońca. W porcie jest to zwykle najlepsza pora do fotografowania. Te ostatnie kilka minut, kiedy złoto-czerwony krąg na niebie zmierza szybko ku linii horyzontu, zalewając statki i portowe urządzenia gorącym światłem. Liczyłem na to, że na otwartym morzu zjawisko to będzie co najmniej równie wspaniałe. Wybieraliśmy się bowiem pod zmierzający do Gdyni holenderski kontenerowiec „Enforcer”. Była 19:10, gdy „Pilot-5” odbił od burty stojącego przy Nabrzeżu Rybnym „Pilota-3” i ruszył w stronę awanportu. Skład załogi był mi bardzo dobrze znany, odbyliśmy razem już niejeden rejs. Za sterami siedział więc pan Henryk Dąbrowski, w fotelu obok pan Ryszard Aranowski. Czułem się wśród nich dobrze i swojsko, prawie jak w domu. Pilotem zaś był pan Janusz Chołyst, kapitan żeglugi wielkiej oczywiście, podobnie jak i wszyscy inni piloci gdyńskiego UNIPILu.

Przejście przez port odbyło się sprawnie i bez większych emocji. Wewnątrz portu obowiązuje ograniczenie prędkości, „Pilot” szedł więc nieśpiesznie, pozostawiając mi dużo czasu do rozglądania się, przymierzania do zaplanowanych kadrów. Do znalezienia na pokładzie najlepszego miejsca, w którym będę mógł się tak bezpiecznie „zaklamrować”, by mieć wolne ręce do obsługi aparatu. Później, na morzu, na miotającym się, skaczącym niemiłosiernie twardo po dziurach w morzu, przewalającym się z burty na burę, często gęsto zbryzgiwanym wodą „Pilocie” nie będzie czasu na prowizorkę, wszystko musi być opanowane. Wystarczającą trudość sprawiać będzie wyłapywanie tych dobrych, tych właściwych ujęć. Utrzymanie w pełnym biegu horyzontu w poziomie to już wyzwanie samo w sobie, a do tego trzeba przecież jeszcze chronić aparat przed zamoknięciem. Elektronika jest bardzo wrażliwa na wilgoć, a i krople morskiej wody na obiektywie z reguły nie nie sprzyjają jakości zdjęcia (choć czasem dodają mu atrakcyjności i „morskiego” klimatu). Zachlapany obiektyw przez długi czas był moją zmorą, aż pan Ryszard poratował mnie zwykłą bawełnianą szmatką, wyciętą ze starej koszulki. To cudowny kawałek materiału, lepszy od wszystkich profesjonalnych ściereczek z mikrofazy czy innego wymyślnego włókna. Szmatkę pana Ryszarda noszę ze sobą jak relikwię i mam nadzieję, że nigdy, przenigdy jej nie zgubię!

Wróćmy jednak do akcji. Chmury schodziły coraz niżej. Zacząłem się powoli obawiać, że się spóźnimy i pod burtę statku przyjdziemy już po zachodzie. To prawdziwie cudowne światło to przecież sprawa zaledwie kilku chwil - i albo masz szczęście, albo nie.

Szczęście jednak nam sprzyjało! Dokładnie o 19:23 (byliśmy już na morzu po zewnętrznej stronie falochronu) słońce weszło w czystą, wąską szczelinę nieba między chmurami a horyzontem. Natychmiast zalało nas fantastyczne, złote światło.

Zaraz potem dostrzegliśmy z daleka idący kontrkursem „nasz” kontenerowiec. W mgnieniu oka byliśmy przy nim. Przemknęliśmy wzdłuż niego, mijając go lewą burtą, za rufą wykonaliśmy ostry zwrot o 180° i przeszliśmy na drugą stronę. Zgodnie z instrukcją, właśnie z prawejj burty pilot miał obsadzić statek. Na jego przyjęcie wszystko było już przygotowane - trap rzucony, wystawiona asysta z dwóch marynarzy w pełnej gotowości.

Zwolniliśmy, podchodząc z wyczuciem do wiszącej drabinki. O 19:26 kabinę „Pilota” drzwiami od strony morza opuścił pan Janusz Chołyst, wspinając się na podest na dziobie, z którego za moment miał przeskoczyć na opuszczony trap. Drugimi zaś drzwiami, od strony statku, wyszedł na pokład pan Ryszard, by pilota asekurować. Jak już zdążyłem zauważyć, dzieje się tak za każdym razem, przy każdym wejściu i przy każdym zejściu pilota.

No właśnie, dotarło teraz do mnie, procedura jest zawsze taka sama, ale na dobrą sprawę nie bardzo wiem, na czym ta asekuracja właściwie polega? Jaka jest dokladnie rola pana Ryszarda, cóż mógłby on zrobić, gdyby naprawdę coś poszło nie tak? Gdyby pilot, nie daj Boże, spadł z drabinki podczas przechodzenia ze statku na statek? Runąłby przecież z wysokości kilku czy kilkunastu metrów albo na stalowy pokład pilotówki, albo w wodną kipiel pomiędzy statkiem a skaczącym na fali, ocierającym się o niego co rusz „Pilotem”. W czym móglby pomóc stojący na pokładzie człowiek? Myśl ta, jak już raz się w głowie zagnieździła, nie daje mi spokoju. Muszę koniecznie, przy pierwszej okazji poruszyć ten temat!

Tymczasem jednak, wracając do tematu, na „Pilocie” spotkałem się z nieoczekiwanym problemem. Wspaniały, wymarzony zachód słońca stanął mi na drodze! Stojącego na szczycie podestu pana Chołysta miałem bowiem idealnie pod światło, w wizjerze widziałem tylko jego czarną sylwetkę na absolutnie prześwietlonym niebie! Oj, nie będzie łatwo, w tych warunkach nie zrobię przecież ani jednej porządnej fotki! Szczęśliwie dla mnie statek minimalnie zmienił kurs. Ach, co za ulga, nie jest aż tak źle – przemknęła mi przez głowę pierwsza myśl. Lecz już druga była diametralnie inna. Oto miałem bowiem przed sobą niespodziewany, lecz fantastyczny teatr cieni, rzucanych na burtę kontenerowca! Widok ten oczarował mnie! Takiego przedstawienia jeszcze nigdy nie przeżyłem.

Wszystko trwało zaledwie kilka, może kilkanaście sekund. O 19:27 było już po spektaklu. Pilot był na statku i maszerował na mostek, my zaś odkleiliśmy się od burty kontenerowca i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na odchodnym zdążyliśmy jeszcze pomachać do marynarza przy trapie. Płynęliśmy bardzo szybko, „Enforcer” stawał się za naszą rufą coraz mniejszy i mniejszy. Gdy wchodziliśmy między główki wejściowe na falochronie, był już tylko małą plamką hen daleko na morzu.

Ostatnie promyczki słońca migotały jeszcze przez chwilę na wodzie, zgasły jednak, zanim znaleźliśmy się ponownie przy burcie „Pilota-3”. O 19:48, gdy rzucaliśmy cumy – w portowym basenie panował już mrok.

Jak dobrze jest znaleźć się we właściwej chwili we właściwym miejscu!

© Antoni Dubowicz 2016

 

Udostępnij na:

Submit to FacebookSubmit to Twitter

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Przeczytaj również: